czy warto?

Nie dalej, jak przedwczoraj na jednym z bieszczadzkich forów zadano pytanie w stylu:

„Czy ktoś przeprowadził się z wielkiego miasta w Bieszczady? Czy było warto?” 🙂 .

Przeczytaliśmy komentarze, niektóre nas rozśmieszyły ujętą w sarkastyczne ramy odpowiedzią. Zastanowiłam się, co ja bym powiedziała. Chyba nie umiałabym udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Kocham to miejsce za jego oddalenie, spokój i ciszę. Za najpiękniejszą zieleń jaką w życiu widziałam.

Za bieganie po trawie na boso i niekończące się harce Jagny na zewnątrz bez względu na pogodę. Jednakże… czasem wszystkie te zalety potrafią stać się udręką. Zwłaszcza oddalenie (a może by tak to wszystko rzucić i…)!

I jeszcze, jak sobie człowiek wymyśli, że w tej lokalizacji chce innym na śniadanie, obiad i kolację serwować wyżej wspomniane: ODDALENIE, CISZĘ i SPOKÓJ to się czasem komplikują sprawy 🙂 . Okazuje się bowiem, że żywotność niektórych produktów nie jest tak długa, jak zakładał ich producent. Budżet wakacyjny można określić praktycznie mianem „non existant”, bowiem każdy odłożony z trudem grosik (żeby nie powiedzieć „uciułany”) już i od razu musi zostać zainwestowany. Tak to już jest, kiedy do domu każdego roku przybywają setki nowych przyjaciół. Wówczas ma się szczęście, gdy kabina prysznicowa wytrzyma 3 lata 🙂 .

3 lata temu wymieniliśmy kabiny w łazience sypialni Przytulnej i Lawendowej. 3 lata… tyle wytrzymała jedna z wymienianych w kwietniu 2016 roku kabin (awaria)… To i tak długo, bo inną poprawialiśmy po 1,5 roku 🙂 . Niby nic wielkiego się nie stało, bo tylko gałka od zmiany strumienia wody na deszczownicę, słuchawkę i hybromasaż została komuś w dłoni. Nienaprawialne!!! To wystarczyło, by środki z wakacyjnego konta zostały przesunięte na nowy projekt 🙂 .

Za to jednak sypialnia Lawendowa ma teraz super prysznic i mamy nadzieję, że cieszyć się nim będą wszyscy przybywający w nasze progi i na swoją sypialnię wybierający właśnie Lawendową.

A CZY BYŁO WARTO?!? Każdy na to pytanie musi odpowiedzieć sobie sam. Nikt nie podejmie za nas decyzji o przeprowadzce i nikt nie zbierze za nas bieszczadzkich (dobrych i złych) doświadczeń. Jedno jest pewne, żeby tu mieszkać nie wolno się bać przeciwności losu. Lubią one bowiem łączyć się w pary 😉 .

z pewnych rzeczy się nie wyrasta

Chyba tak to jest, że z pewnych rzeczy się nie wyrasta. Właściwie nawet w kontekście moich przemyśleń, powinnam napisać, że do niektórych dorasta się bardzo późno.

Jako dzieci lat osiemdziesiątych bardziej marzył nam się trzepak z „chudą rurką” na osiedlu niżeli… trampolina. U nas niestety był z grubą i ciężko robiło się szybkie podwójne fikołki. Trampolinę znałam głównie z telewizji i opowieści i wiedziałam, że to taki przyrząd do akrobacji i wysokiego skakania 🙂 . Nawet nie przyszło mi do głowy, że można taką mieć…

Pierwszy raz poczułam wielką lekkość i zabawę, jaką daje trampolina w wieku… niespełna 26 lat 🙂 . Parałam się wówczas takim fajnym zajęciem, jak opieka nad maluchami w różnym wieku i moje dwie podopieczne (wówczas lat chyba 7 i 9) zaprosiły mnie do wspólnej zabawy. Wstyd mi było, że dopiero zaczynam swoją przygodę, więc naśladowałam je we wszystkim. Oj, ciężko było się przemóc, by zrobić jakiś wypasiony fikołek (teraz już nie próbuję nawet), który dziewczynkom wychodził tak naturalnie, jak chodzenie. Od tego dnia, zawsze, kiedy tylko miałam okazję korzystałam z możliwości wyskakania się.

No i zaczęłam marzyć, by i u nas pojawiła się kiedyś trampolina.

Już w zeszłe wakacje planowaliśmy zakup. Jagna jednak wydawała nam się jeszcze troszkę za mała, a to przecież głównie dla niej miał być prezent, więc odwlekliśmy realizację marzenia o rok. I w końcu jest. Wszyscy wspólnie dokonaliśmy montażu sprzętu. Oto dokumentacja 😉 :


Bawimy się świetnie. Jagna z wielką chęcią skacze ze mną, ale i zaprasza wszystkie dzieci i ich rodziców, a nawet dziadków.

Jeżeli więc nie próbowaliście jeszcze tego świetnego zajęcia zapraszamy! Teraz w Smolnikowych Klimatach nie tylko się wyśpicie, wyluzujecie i pojecie, ale i wyskakacie się do woli 🙂 .

mało nas

„Mało nas, mało nas do pieczenia chleba.” – zdawały się podszeptywać nam nasze chęci. Właściwie jednak to chęci były i to już – rzec można – od lat, tylko że jakoś tak ciągle nam nie wychodziło to pieczenie chleba.

Wiemy, że wiele osób piecze chleb. Nie jedno miejsce serwuje Gościom pachnący prosto z pieca/piekarnika na śniadaniowy stół. Nam jakoś nigdy ta sztuka nie wychodziła. Zawsze zdawało mi się, że to jakieś misterium umiejętności, proporcji i jeszcze tak zwanej „dobrej ręki”. Tak przynajmniej przedstawiały nam to osoby, z których rad przyszło nam korzystać. A wiedzcie, że próby podejmowaliśmy jeszcze za wielką wodą… Rany! Zabiliśmy chyba każdy zakwas jaki przynieśliśmy do naszego domu 😉 , a do naszych przewodów pokarmowych trafił nie jeden zakalec. Niektóre nawet uznaliśmy za smaczne 🙂 .

Tak, czy siak – co jakiś czas podejmowaliśmy nieudane próby pieczenia chleba na zakwasie i ja osobiście uznałam, że nie mam w sobie wystarczającej wyrozumiałości dla kwadr księżyca i powiewów wiatru, które to na sukces wypieku pysznego chleba mają niesamowity wpływ 😉 . Umiejętność tę, a właściwie to jej brak, zawiesiłam więc na kołku. Poddałam się!

Jednakże los lubi z nami pogrywać w różne gierki i zagrał mi na nosie niedawno. Gościliśmy z przyjacielską wizytą u naszych bieszczadzkich przyjaciół i prócz pysznej domowej pizzy (tyle co wyjętej z pieca) na stół trafił przedwczorajszy chleb w towarzystwie masła i pysznej oliwy. I, mimo że przedwczorajszy, to tak smaczny, że nie mogliśmy się temu nadziwić. Palnęłam więc do męża, że może to czas odwiesić z kołka próby i pozwolić sobie na zrobienie kolejnej partii zakalców. Tym łatwiej było mi tak pomyśleć, bowiem M. odarł proces pieczenia chleba z jego magiczności i nazwał „kolejną kuchenną czynnością”. Nadto twierdząc, że ręki do tego jakiejś wybitnej mieć nie trzeba (tu weszłabym w polemikę, bo M. ją akurat ma) i nawet jak się „na oko” piecze (mój ulubiony system miar w kuchni 😉 ) to i tak wyjdzie.

Tak więc M. wpad do nas na pokazówkę i wyszło pysznie:

Podekscytowani zabraliśmy się do próby kolejnej – tym razem samodzielnej. Wydawało nam się, że znów zabiliśmy zakwas, więc ja straciłam zapał, a Przemek zawezwał posiłki. Tym razem A. spędziła z nami pół dnia i znów się udało. Nie miałam zamiaru się więc poddawać. Okazało się, iż popełnialiśmy błąd na samym początku uznając, że zakwas ”umarł” kiedy on po prostu mniej się ożywiał i trzeba mu było jeszcze godzinki 🙂 .

Od mniej więcej trzech tygodni podejmujemy udane próby wypiekania chleba na zakwasie. 

Tylko raz nam nie wyrósł. Raz (!!!). Nie chcielibyśmy nic obiecywać, bo piekarzami nie zamierzamy zostawać, ale mamy nadzieję utrzymać chęci i zapał, a jeśli nie zrezygnujemy, to na nasz stół śniadaniowy trafiał będzie swojski chleb w towarzystwie innych wypieków.

3 miesiące później

Skończyło się niekończące się babie lato. Zamknęłiśmy za sobą sezon i drzwi. Wyjechaliśmy na trochę, wróciliśmy od razu na plac budowy. Po drodze wydarzyły się święta Bożego Narodzenia i przywitaliśmy Nowy Rok. Ba, dziś kończy się już styczeń. Chyba mam względem Was pewne zaległości 🙂 . Zawsze powtarzam, że kiedy styczeń zmienia się w luty, ja już po woli zaczynam myśleć o sezonie letnim. Znów czas przyspieszy, ale w sumie na przełomie 2018 i 2019 nie poczuliśmy żadnego „spowolnienia”. Najlepszym na to dowodem i namacalnym skutkiem, jest ta wielka przerwa w postach.

Winna jestem Wam kilka fotek.

Po najpiękniejszym babim lecie zawitała do nas prawdziwa zima!!!

Bielusieńkie święta i Sylwester. Śnieg prószy codziennie, a gazety straszą, że w Bieszczadach drogi nieprzejezdne, szlaki pozamykane i w ogóle już koniec świata taki, że tylko załamać ręce, odwołać rezerwacje na ferie i gnać w Tatry 😉 . Tymczasem nasza wersja jest nieco inna: jest pięknie, śnieżnie i zimno. Drogi białe i przejezdne. W końcu zima jest zimą i możemy cieszyć się wszystkimi jej urokami.

Niekończącym się odśnieżaniem, soplami gigantami, kuligami, nartami i tym wszstkim, na czego brak zdarzało nam się narzekać w latach poprzednich.

Widzicie, Siudaki to już tacy ludzie, że na zimę złego słowa nie powiedzą i im cześciej muszą wykopywać się spod pokrywy białego puchu, tym lepiej! Niech tak będzie do samej nawet Wielkanocy!!!

Boże Narodzenie spędziliśmy w tym roku w towarzystwie powracających Gości. To był przemiły czas. Rodzinny.

Dla nas namiastką świąt była rodzinna wyprawa po choinkę. To był bajkowy dzień. Śnieg padał mocno. Wielkie, cięzkie płatki wirowały w powietrzu, a my szukaliśmy doskonałej jodełki w głebi lasu.

W doskonałej ciszy. Z dala od pośpiechu i zgiełku dnia codziennego. Nie chciało nam się nawet wracać!

Nowy Rok witaliśmy bez fajerwerków, ale również w świetnym towarzystwie!

Teraz zimujemy sobie i ferjujemy.

Trochę u nas zmian, wielkie nadzieje z nimi związane i jak zwykle praca. Dużo pracy 🙂 .


jesieni trwaj!

Chcę Wam to wszystko pokazać zanim się przedawni. Zanim zniknie i stanie się nieaktualne. Co za jesień! Takiego babiego lata jeszcze nigdy nie przeżyłam…

   

Rozpieszczają nas te późne promienie słońca.

Urzekają kolory.

   

Jest bajkowo.

Zaczynają już co prawda straszyć deszczem, zimą, czy czym tam jeszcze, ale ja nie słucham. Wystawiam twarz do słońca i marzę o takiej jesieni aż do wiosny 🙂 .

Doświadczam tego piękna w nowym wymiarze, mianowicie wczesnoporonnym.

Konieczność wyjścia z domu przed ósmą i zawiezienia Jagny do przedszkola pozwala mi cieszyć się nowym widokiem, daje siłę na cały dzień. Kiedy Jagna zostaje w przedszkolu, wsiadam do samochodu i ruszam spod szkoły. Po chwili zatrzymuję się i patrzę na Bieszczady z łupkowskiej górki. Taka minutka na „ładowanie baterii”.

Słońce wysoko, w dolinach jeszcze mgły, gdzie nie gdzie unosi się dym z komina. Tyle przychodzi mi wtedy myśli do głowy. Czy Jagna będzie kochać Bieszczady? Czy będzie tu chciała wracać? Czy znajdzie siłę w tym, gdzie się wychowa?… Chciałabym… wiem jednak, że czasem wydaje nam się, że wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma… Ale sami zobaczcie, kto odwiedza szkolny plac zabaw przed przedszkolakami:

     

Jak tego nie kochać? Jak się tym nie zachwycać?

Ja też musiałam przetrzeć swój bieszczadzki szlak. Nie raz było mi ciężko i smutno, tęskniłam za tym co było. Jakoś tak jesteśmy skonstruowani, że pamięć wypiera złe i gloryfikuje dobre. Nie pamiętałam, że w Jackson były dni bez pracy, bez mieszkania, martwe sezony… Pamiętam ZAWSZE głęboki puch, bezkresne niebo i kilometry na rowerze. Umyka mi czasem to jak wiele dni leczyłam zakwasy i guzy po pierwszych skrętach na stoku. Jak ciężko było pokonać lęk przed każdym mijającym mnie samochodem, kiedy zaczynałam jeździć na rowerze… Kiedy zamieszkaliśmy w Smolniku czasem spełnione marzenie wydawało się być „klęską urodzaju”. Bez chwili oddechu! Ciągle tylko praca. 

Jedyne co można sobie dać w takim momencie to czas. Czas, by nauczyć się „nowego”. Z czasem bowiem oswajamy nowe i staje się ono starym znajomym 🙂 . Dobrym znajomym 🙂 . 

Codziennie uczę się patrzeć inaczej na świat. Łatwo widzieć go tak:

Ale o ile ten kadr piękniejszy jest w tym wydaniu:

Miało byś o jesieni, a wyszło jak zwykle 😉 . Pozdrawiamy Was serdecznie z naszego małego końca świata 🙂 . Niech ta jesień trwa!!!

wrzesień

Wrzesień…

Jakiś taki wyczuwalny jest. Jakoś zawsze wiadomo, że nadchodzi. I choć słońce jeszcze wysoko, choć ciepło i pięknie, to już w ostatnich dniach sierpnia wiadomo, że wakacje mają się ku końcowi.

   

   

Sama nie wiem, czym ten wrzesień zapowiada się w moich myślach i odczuciach. Może tą słyszalną ciszą – dzieci wracają do szkoły. Może tym szelestem i szumem delikatnego podmuchu wiatru. Może dojrzałym i przesyconym słońcem, które tak bardzo chcę zatrzymać. 

Uwielbiam zapach porannego wrześniowego powietrza i chłód wieczorów tego okresu.

Odgłos spadających na ziemię jabłek daje mi poczucie względnego spokoju.

Nie, to jeszcze nie koniec sezonu, nawet długo jeszcze nie, ale czuję, że coś się zmienia. 

W tym roku właściwie nawet wiele. Lato potrzebuje odpocząć od rozbrykanych dzieci, dlatego daje im wrzesień i nowy plan lekcji do rąk. U nas też przyszedł czas na zmianę rutyny. Jagna dorosła już do wieku przedszkolnego 🙂 . 

Dzielnie i  wielką chęcią pakuje swój mały plecak i ruszamy do przedszkola codziennie rano – ja z kawą, a ona z głodem nowych wyzwań i nauki 🙂 . 

Ale… kto by nie kochał ruszać do szkoły, by mijać takie widoki w drodze…

Nawet śpioch jakim jestem ja sama uwielbia ten wczesny czas za jego bezkresne niebo i niekończący się urok!

coś zamiast czegoś

Nie bez powodu mówi się, że życie płata figle. Nawet jeśli kiedyś mogło nam się wydawać inaczej, bo wiele sytuacji szło wedle planu, to ostatnich pięć i pół roku naszego życia nauczyło nas, że plany czasem nie wypalają. Nie! Właściwie, żeby być całkowicie sczerą muszę napisać, że nauczyliśmy się, że plany z reguły biorą w łeb 🙂 . Jedne zastępują inne, a te inne jeszcze kolejne 😉 . Nawet już nauczyłam się, że jak z czymś startujemy i idzie jak „z płatka”, to w ogóle nie gwarantuje to sukcesu, a wręcz przeciwnie… Wróży porażkę znaczących rozmiarów na dalszym etapie realizacji 🙂 . Już się chyba nie złościmy nawet na takie sytuacje. Ponieważ lista naszych pomysłów jest długa i same ustawiają się w kolejce, w przypadku niewypału następuje przegrupowanie i w miarę możliwości bezbolesne przejście w kolejny projekt. 

W tym roku (mimo wytężonych starań Przemka) nie uda nam się skończyć rozpoczętej wiosną budowy ( 🙁 ) , uyznaliśmy, że może to czas zająć się moim marzeniem i poniekąd marzeniem mojego Taty, o takiej małej – hmmm… – nazwijmy to „wiatce”. Wedle Taty „palarni pod dachem”, jako że nasi Rodzice nieustannie narzekają, że „im po krzyżach wieje”, jak wysyłamy ich na papieroska na zewnątrz 🙂 🙂 🙂 . I choć ostatnią rzeczą jaką chcielibyśmy, by nasza wiatka się stała to palarnia właśnie, to jednak podjęliśmy ryzyko zorganizowania intymnej przestrzeni dla Gości, gdzie miło będzie posiedzieć wieczorem.

Wiatka sobie była od zawsze. „Kolekcjonowaliśmy pod nią różne skarby. Trzeba ją było rozebrać i złożyć na nowo.

Staraliśmy się, by było miło. By nie kapało na głowę 😉 . By światło pozwalało się zrelaksować.

Wszystko to Przemka praca. Od zerwania dachu, po zrobienie kolejnego.

   

Od wyrównania ziemi, po drewnianą podłogę.

Za instalacje światła podziękować musimy mojemu Bratu, a meble „pożyczyliśmy” na razie od „ogniska”.  

Z nadziają na jeszcze trochę upalnego lata i długie ciepłe babie lato oddaliśmy miejsce w użytkowanie. Sezon „wiatowy” otworzyli Goście nie byle jacy 🙂 . 

Niech się dobrze siedzi 🙂 . 

bo w piątek trzynastego

Trochę sobie już żyję na tym świecie. Możecie wierzyć lub nie, ale… nigdy nie znalazłam czterolistnej koniczyny. Nie, żebym jakoś wybitnie jej szukała. Tu i ówdzie ktoś jednak wspominał, że znalazł. Ktoś mówił, że „ekspertem” w dziedzinie jest. 

Od pewnego czasu – a dokładnie rzecz umiejscawiając – od kiedy urodziła się Jagna, dużo czasu spędzam na trawie. Nie mogłam nie zauważyć JAK WIELE mamy tu koniczyny. WSZĘDZIE do okoła: na placu przed domem, na lokalnym boisku i placu zabaw.

Baczniej zaczęłam więc w tę trawkę zaglądać. Od czasu do czasu poszukiwać wynaturzonego szczęścia. Nic. Zero dla mnie szczęścia „w trawie” było. Zaczęłam nawet podejrzewać, że czterolistna koniczyna nie istnieje. Że jest wymysłem matek, które chciały jakoś zając swoje dzieci, polecając im poszukiwania niniejszej, by w spokoju napić się (i tak zimnej już 😉 ) kawy.

W tym roku, po dwóch miesiącach nieudanych letnich poszuliwań czterolistnej koniczyny w trawie w bliższej i dalszej odległści od domu, postanowiłam ostatecznie i jednożnacznie: CZTEROLISTNA KONICZYNA NIE ISTNIEJE. TO TOTALNA BUJDA. Poczułam ulgę. Już nie szukam. Ufff… OK!

Tego właśnie dnia, na kilka minut po moim postanowieniu, przywitała mnie w bramie wjazdowej przemiła dziewczynka, spędzająca u nas wakacje z równie uroczą jak ona sama rodziną. I mówi: „Patrz Ciocia, znalazłam dziś cztery (CZTERY!!!) czterolistnej koniczynki”. I wyciąga do mnie dłoń pełną czterolistnych koniczyn… Możecie sobie wyobrazić, co pomyślałam… To zdarzenie sprawiło, że moja ambicja nie pozwoliła mi przestać szukać. 

Były więc i popołudnia z kawą na czworaka w poszukiwaniu szczęścia 🙂 . I wciąż nic. I wciąż zero. Wielokrotnie nabierałam się na splątane listki dwóch roślinek udające jedną 🙁 . 

I właśnie wczoraj, w piątek trzynastego opowiadałam naszym Gościom wspomnianą wyżej historię o dziewczynce i pytam ich samych, czy kiedykolwiek w życiu znaleźli czterolistną koniczynę. Odruchowo już chyba dłubiąc stopą w trawie. I co! Od niechcenia i przez przypadek ZNALAZŁAM! SWOJĄ PIERWSZĄ W ŻYCIU CZTELOLISTNĄ KONICZYNĘ. 

Biegnę do Przemka, w uciesze i z „juuupiii” na ustach, a on z niedowierzaniem i sarkazmem mówi: „No to teraz możesz umrzeć w spokoju.” 🙂 🙂 🙂 

Sfotografowałam moje znalezisko, ułożyłam równiutko w książce do wyschnięcia i poczułam spełnienie. Pomyślałam, że ten PIĄTEK TRZYNASTEGO, to był „ten” dzień. 

Ten dzień w rzeczy samej!!! W kilka godzin później, znalazłam bowiem kolejną!!!

Uwierzycie?!? Przez tyle lat NIC, a tu nagle dwie jednego pechowego z założenia dnia 🙂 . I… i przestaję szukać 🙂 . Pozostawiam resztę szczęścia na naszym placu i w jego okolicy dla innych 🙂 . I co ja jeszcze mogę powiedzieć. Chyba tylko: „Believe & NEVER GIVE UP!”

mydło i golidło

Pracowałam kiedyś dla bardzo mądrego szefa. Wiele się od niego nauczyłam. Bardzo cieszę się, że z biegiem lat zaprzyjaźniliśmy się blisko i nasza znajomość wciąż trwa. Dziś zauważam, że zdobyta w tamtym czasie wiedza ma charakter uniwersalny. Bardzo pomogła mi na początku naszej drogi, a teraz wraca w potrzebie i pozwala zrozumieć nowe wyzwania.

Dlaczego o tym piszę? Peter (a.k.a. Peta) jest bardzo konkretnym człowiekiem. Mocno skupionym, o wyraźnie określonych celach. Niełasym na pochlebstwa, które jednak lubi, jak wszyscy 🙂 . Wiele lat pracy w biznesie restauracyjno/hotelarskim pozwoliło mu wiele zobaczyć. Zawsze zastanawiałam się czemu tak bardzo czepiał się nielicznych przypadków niepochlebnych opini, kiedy tych rewelacyjnych miał mnóstwo! Ludzie wracali do restauracji latami, byli fanami tego, co stworzył. Zawsze jednak marszczył czoło na wieść o niezadowolonym kliencie. Myślał o tych sytuacjach bardzo długo, rozkładał je na czynniki pierwsze. Wciąż pracował nad ulepszeniem „doskonałego”, bo tak był przez wielu postrzegany (w tym mnie i Przemka). Po prostu mistrz w swojej dziedzinie. Nie pozwalał sobie na żadną arogancję i zadzieranie nosa, mimo ugruntowanej i mocnej pozycji, jaką wypracował prowadząc własną restaurację przez ponad 30 lat. Taki był doświadczony, a ten jeden zły komentarz psuł mu nastrój na dobrych kilka dni… Dręczył go.

Nie rozumiałam tego wówczas, a teraz wszystko stało się jasne 🙂 .

Kiedy człowiek robi coś z serca, kiedy skupia się na wszystkich szczegółach i stara jak najlepiej, a nagle coś wypada w oczach Gościa nie do końca dobrze, a czasem nawet po prostu źle, to boli to okrutnie. Teraz już wiem, czemu Peter tak długo to wszystko w sobie nosił i trawił. Dobre opinie utwierdzają człowieka w tym, że wybrał słuszną drogę. I jakby na to nie patrzeć są najzwyczajniej w świecie miłe. To jednak te niepochlebne zapadają w pamięć. Ja pamiętam wszstkie nasze w oczach Gości potknięcia…

W tym roku postawiłam sobie jednak za cel lepsze analizowanie potrzeb i komentarzy Gości. Mniej emocji więcej trzeźwego spojrzenia.

Na „owoce” wspomnianych analiz natkniecie się w naszym domu już od teraz 😉 . W łazienkach od samego początku czekały u nas ręczniki, suszarki i mydło do rąk. Jak się okazuje współczesna agroturystyka na bieszczadzkiej (i pewnie nie tylko 😉 !) wsi musi oferować jednak jeszcze coś! A co? To:

  

I tak mi przyszło do głowy, że skoro Austriak w mieście kowboi odniósł taki sukces, to mądre wsłuchiwanie się w potrzeby naszych domowników i nam zapewni spokojny sen.

Dziękujemy za mobilizację, tym którzy zapomnieli spakować mydło 😉 .