dom nasz „nowy” MAHONIOWY

I wydało się! Mahoń, to nowy kolor, jaki wybraliśmy, by odświeżyć chyżę i nadać balom nowej mocy na kolejne lata :). Trochę się wahaliśmy z wyborem, bo to pewnego rodzaju zobowiązanie… Trzeba później codziennie na ten dom  patrzeć, więc lepiej żeby się podobał :). Efekt końcowy przerósł nasze oczekiwania… Zachwycił nas. Zakochaliśmy się w tej chłupie na nowo!

Dom przed „face liftem” też był piękny, skradł nam przecież serca. Jednak już od dawna Przemek mówił, że na wiosnę czas zabrać się za malowanie bali. W zeszłym roku po prostu brakło nam czasu przed sezonem, a i głowę zaprzątało tyle nowych rzeczy.

Czas nadszedł najwyższy, by to tej „zimy stulecia” słowa wcielić w czyny :). Zaczęło się od powolnego oczyszczania – kawałek po kawałku, bal po balu.

  DSC03248

Przemek był niesamowicie wciągnięty i podekscytowany. Taki jego sposób na poznanie się z domem, spojrzenie na każdą jego część i dotknięcie wszystkich jego komponentów. Strasznie cieszył go cały proces zmian. Co chwilę wołał mnie żebym coś zobczyła i przyniosła aparat. Napstrykaliśmy „fotek a fotek”, ale nudzić nimi Was wszystkimi nie będziemy. Wybrałam kilka.

Pierwszy szok dopadł nas kiedy zobaczyliśmy, jaką wielką różnicę zrobiło samo czyszczenie. Jak bardzo bale potrzebowały już „oddechu”. Na nowo pokazał się rysunek jaki drewno samym sobą szkicuje. Coś w tym jest… organicznego i bardzo pięknego – przynajmniej dla nas. 

DSC03269

DSC03246

Oto cały oczyszczony front. Od razu rzucają się w oczy „wiosenne” porządki :).

  DSC03240 

 DSC03235

Krok drugi – pierwsza warstwa „mahoniowa”:

   DSC03301   

DSC03304

DSC03308

A jak któraś była pierwsza, to znaczy że i kolejna być musiała. Druga:

 DSC03310   DSC03316 

To jeszcze nie koniec… Dziś skończyliśmy dopiero front chyży. Od jutra ciąg dalszy czyszcenia bali – „na tapetę” idzie ściana południowa i choć część zachodniej. Potem malowanie :). Jesteśmy jednak tak podekscytowani tym, co do tej pory zrobiliśmy, że nie mogłam się już doczekać, byście i Wy zobaczyli jakie u nas zmiany :).

DSC03320

coś pozytywnego

Kilaka fotek, które mam nadzieję sprawią, że się uśmiecjniecie. Wielkich trudów w tym roku nie miały w przebijaniu się przez śnieg :), ale w śniegu czy nie, ŚNIEŻYCZKI są zawsze cudne! Pierwsze zwiastuny wiosny:

DSC03292   DSC03297

Kocice też poczuły się rozpieszczone ciepłym słoneczkiem. Przestały zaszywać się w swoich kryjówkach. Chadzają po podwórku i wygrzewają kości po „srogiej” zimie ;).

DSC03259

Filonka

DSC03258

Czujeczka

A jak u Was? Też wiosna?

o wszystkim i o niczym :)

 Nic nie poradzisz. Przyszła wiosna tej zimy i koniec i kropka. Czasem tak bardzo tęskniłam za prawdziwą wiosną, bo w Jackson mieliśmy cztery pory roku: prawie zimę, zimę, jeszcze zimę i bardzo krótkie lato :). Często tak mówili „lokalsi” i było w tym wiele prawdy. Teraz tęsknota, jaką mamy w sercach za puchem i narciarskim szaleństwem jest nie do opisania, więc pisać o niej nie będę :). Nie znam słów, w które można by ją ubrać…

Trzeba cieszyć się tym co jest. I tak dla przykładu NIGDY wcześniej nie odwiedzały nas sikorki, a tu w Smolniku proszę. Słoninka za oknem (która wg Adama Wajraka, nie jest dla nich najlepszym rozwiązaniem, lepsza jednakowoż niż głód) sprawia, że odwiedzają nas dość często.

                                    DSC03011   DSC03008 

DSC03009  DSC03007

Całe to sikorkowe zamieszanie sprawiło, iż jako Szczygieł z urodzenia, postanowiłam uszyć nowe zadroski do kuchni. Czekać miały na wiosnę, ale skoro tak już na dworze ciepło…

DSC03024

Ponadto wielki zapał do pracy dopadł Przemka, a że dom nasz potrzebuje troszkę miłości i opieki, którą planowaliśmy okazać mu tej wiosny, dostanie ją już zimą. Przygotowania do odnowienia warstwy drewnochronnej rozpoczęte. Kolor pozostawię na razie w tajemnicy, ale zdradzę, że puszki i pędzle już czekają :).

          DSC03037   DSC03025

W spacerze wokół „domostwa” dzielnie towarzyszył mi dziś Mofro, który o dziwo z wielką chęcią pozwolił się fotografować. Gracja kocia w najlepszym wydaniu:

                                 DSC03055   DSC03075 

                                                      DSC03044

DSC03064  DSC03068

Sami oceńcie… Ja oczywiście jestem mało obiektywna, bo na punkcie Mofra mam kota :). Psiaczki zaskoczyły mnie bardzo! Dzisiaj się usłuchały i „siad” wykonały do zdjęcia.

DSC03034

Myślę, że mimo braku śniegu dom i podwórko prezentują się cudnie. Aż miło było pooddychać naszym bieszczadzkim powietrzem. Niebo jeszcze „groźne”, ale promienie słońca zaczynają nas rozpieszczać.

                                             DSC03058

DSC03042   DSC03066  DSC03079

                                    DSC03026    DSC03057

Więc… Jeżeli Wam się nudzi i nie macie dziś co robić zajżyjcie do nas. Zapraszam na kawę i kruche z jagodami – bieszczadzkimi ma się rozumieć :).

DSC03086

walentynki

14 lutego – kolejna data, która odmierzyła rok w naszym życiu. To dzień, o którym napisałam:

„I choćby nie wiem jak, ktoś chciał Was przekonać, ze Bieszczady to nie Biesy (Anioły) i Czady (Diabły), Siudaki wierzą, że tak właśnie jest. 14 lutego, 2013 roku tak w nich zawirowały owe skrajności, że prawie uciekli.”   

Ha! Tak właśnie było… Dzień decyzji – kupujemy, czy uciekamy? Mimo, że oficjalnie wprowadziliśmy się do Smolnika 29 w miesiąc później, to właśnie od podpisów złożonych u notariusza 14 lutego, 2013r. zależała cała reszta. Pamietam ten poranek bardzo dobrze. Mglisty, wilgotny, ale był śnieg. Oboje wstaliśmy z „ciężkimi” sercami po wydarzeniach dnia poprzedniego. Cisza między nami była bardzo wymowna – oznaczała lęk i niepewność. Udawaliśmy, że nie myślimy o zmianie decyzji, zaczeliśmy przygotowania do spotkania z notaruszem – sprawdzanie dokumentów, prysznic… Śniadania nie byliśmy w stanie przełknąć. Chyba pierwszy raz w życiu nie smakowała mi nawet poranna kawa ;). Im bliższa była godzina wyjazdu – 9:00 – tym szybciej biły te nasze „ciężkie” serca. I już sama nie wiem, które z nas pierwsze wyraziło w końcu swe wątpliwości. Chyba Przemek… Była może 8:30, a on siedział wciąż niegotowy na łóżku z teczką pełną ważnych dokumentów, a obok niego jego brat. Tak samo przeżywał jak my. Wszyscy baliśmy się powiedzieć „tak” lub „nie”. Każda z decyzji byłaby bardzo wiążąca.

I nadeszła „burza mózgów” – szybka i konkretna. Poprzedni właściciele zdawali sobie sprawę ze stanu w jakim byliśmy tego poranka, pewnie też nie spali najlepiej…

Skąd te wątpliwości pomyślicie. Przecież tyle trudu włożyliśmy w przyjazd do Polski, by chyżę zobaczyć, by sfinalizować negocjacje i nagle wahanie? Sami nie sądziliśmy, że są w nas takie emocje… Wiele zmienił jednak wieczór przed dniem 14 lutego. Okazało się, że kilka spraw pominięto przedstawiając nam sytuację i stan w jakim dom się znajduje… „Przyziemne” sprawy  – prawo do użytkowania studni, szambo, dach :). Kolejne zobowiązania finansowe, których nie planowaliśmy, a ponadto wielkie rozczarowanie nieszczerością. Nic czego nie dałoby się przeskoczyć, lecz czuliśmy się oszukani.

Z piętnasominutowym opóźnieniem ruszyliśmy jednak do Sanoka. Mieliśmy jeszcze godzinę na wykonanie kilku ważnych telefonów – do Pani Beaty (naszej agentki nieruchomości, której bardzo wiele zawdzięczamy), do Mirka (naszego wiernego prawnika 🙂 ), do Rodziców… Układaliśmy plan projektów w głowie, rozważaliśmy opcje ich finansowania. Uznaliśmy jednak zgodnie, że jak to trywialnie się mówi „kto nie ryzykuje, ten nie jedzie” :). U notariusza siedzieliśmy „jak na szilkach”. W momencie jednak podpisywania umowy przedwstępnej nie zadrżały nam już ręce. Ostatnie 3 godziny wielkiej nerówki upewniły nas w przekonaniu, że RAZEM damy radę wszystkiemu :).

Podpisy złożone, emocje opadły. Wróciliśmy do Smolnika sami. Mieliśmy zamiar uczcić pierwszy krok ku spełnieniu marzeń butelką dobrego wina, ale ja po prostu usnęłam – w ubraniu, z pełnym makijażem bez umycia zębów przed snem i tak przespałam caluteńką noc. Ze spiętymi wlosami :). Następnego ranka czułam się, jakby mnie ktoś pobił :). Ze stresu bolały mnie wszystkie mięśnie :), ale serce miełam już „lekkie” i smakowała kawa :). Oboje cieszyliśmy się bardzo, że nie stchórzyliśmy!

Nasza decyzja cieszy nas i dziś. Było nam pisane mieszkać w Smolniku i tak się stało! Z perspektywy czasu wszystko wygląda inaczej – po mału realizujemy niezbędne projekty i piszemy swoją hitorię. Śmieję się, że możnaby ją zatytułować: „Smolnikowe Klimaty, wydanie II poprawione” :).

A Wam wszystkim zakochanym życzymy dnia wypełnionego miłością, czekoladą i szampanem. Miłość to największa pasja w życiu! My jesteśmy dzięki niej silni :)!

_DSC0243

wizyta

Niedziela… Jak każda inna, a jednak inna :). Od dawna oczekiwana wizyta w końcu dziś się wydarzyła. Oboje z Przemkiem wyglądaliśmy naszego Gościa ze zniecierpliwieniem. Właściwie od dnia zakupu domu… Tym bardziej smakowała popołudniowa kawa i Przemkowy chleb bananowy, bo towarzystwo było świetne, a rozmowa interesująca i pouczająca. 

Historia naszego domu jest teraz dla nas o wiele bardziej zrozumiała :).  Wiele rzeczy widzieliśmy w innym świetle. Fantastycznie więc było posłuchać opowieści sprzed nie spełna 20 lat o początkach nowego życia starutkiej już wówczas chyży w Smolniku pod numerem 29. Pewnie gdyby nie nasz dzisiejszy Gość chałupa ta już dawno zrównana byłaby z ziemią, Smolnikowe Klimaty by nie istniały, a my… kto wie gdzie my zapuszczalibyśmy dziś korzenie. 

Bardzo dziękujemy za prezent nam dziś darowany. Bezcenny, jak upływający czas. Upominek niepowtarzalny nacieszy niech i Was.

35

30

Te zaś są moje ulubione! Takie małe „przed” i „po”:

3   DSC_0567

1   IMG_1070

W tej części domu, mieszkamy teraz my :):

4   100_3555

trzy „P” Pauliny

Był kiedyś taki czas, cudowny z resztą, najcudowniejszy (!!!), że moje życie podporządkowane było „TRZEM P PAULINY”. Tak określali mój dzień letnią porą moi znajomi. Każde z „P”, jak się domyślacie, miało swoje znaczenie. Hierarchia była następująca:

  • pierwsze „P” Pauliny – pedałowanie… Mój najukochańszy sport. Kolarstwo szosowe! Na rowerze mogłam spędzać godziny, przemierzając kilometry tras w cudownej górskiej scenerii Jackson Hole, Wyoming. Mój pierwszy rower Pinot przewiózł mój tylek „kilka” razy. Cudny czerwony, jak Pinot Noir – stąd z resztą nazwa :). Floro zajął jego miejsce, kiedy „wyrosłam” z Pinot i potrzebowałam nowego roweru, by więcej i szybciej jeździć… Mam je oba i zawsze się uśmiecham, jak wsiadam na Pinot, bo przecież to on robił ze mnie rowerzystkę 😉 i to z niego spadłam wjeżdżając w szopa pracza :). Fajna historia! Kolejna do opowiedzenia pewnego dnia…

                                                               100_0094 Pinot    

                                                               100_1083 Floro

  • drugie „P” Pauliny – Pilates… Ktoś kiedyś próbował???  System ćwiczeń wzmacniających całe ciało, dzięki, którym człowiek czuje, że może wszystko. Nic go nie boli. Ciało i umysł są w wielkiej harmonii. Ćwiczenia, które stały się dla mnie „religią”, stylem życia!

                                                                 images 

                                                                        pau

  • trzecie „P” Pauliny – praca… No cóż, żeby żyć musimy pracować :)… My jesteśmy jednak szczęściarzami i udaje nam się w życiu utrzymywać z tego, co robić kochamy!

                                                            288725_2560618495818_1264720106_3069436_1328460031_o 

W ostatnim jednak czasie, od kiedy wróciliśmy, by spełnić nasze marzenie o domu w Bieszczadach, hierarchia moich „P” została zachwiana. Ba… przewartościowana całkowicie przez potrzebę chwili :). Za prywatne sukcesy przyszło nam „zapłacić” wielką cenę, jaką jest brak czasu na życiowe pasje. Trzecie „P” stało się najważniejsze. I też nie było źle! Dzięki temu poznaliśmy cudownych ludzi :). Obiecaliśmy sobie, że „za rok” coś się zmieni – dla nas i naszych Gości. W naszym domu OD ZAWSZE chcieliśmy dzielić się z Gośćmi pasją, jaka w nas jest: do gór, sportu i jedzenia :).

I tak… Krok pierwszy podjęty! PAULINA BĘDZIE INSTRUKTORKĄ PILATES :)! Zapiasałam się na kurs. Kochani, zaczynam 8 marca i już 18 maja (jak dobrze mi pójdzie test) będę instruktorką z certyfilatem i dyplomem, gotową, by „skopać Wam” tyłki :). W pozytywnym oczywiście słowa znaczeniu! Już niebawem pakiety aktywnego wypoczynku w SK – relaks z harmonijnym wysiłkiem w tle. Będzie nam bardzo miło przestawić Was metodzie Pilates. Uważajcie… to uzależnia!

agro

Czemu tak już jest, że czasem chciałoby się coś napisać, a nie ma o czym, a czasem temety, którymi chcemy się z Wami dzielić „sypią się z rękawa” ;). W każdym razie fajna historia.

Otóż w okolicach moich urodzin dostaliśmy list… Redakcja „Agro” przysłała nam egzemplarz swojej gazety, nie wiedzieć czemu z reklamą Smolnikowych Klimatów na jej łamach. Początkowo oboje stwierdziliśmy, że to jakaś pomyłka, bo przecież nie zamawialiśmy ani prenumeraty, ani nie reklamujemy się w tym miesięczniku. Coż, zapomnieliśmy uznająć, iż to jakiś chochlik. 

W miesiąc później odnalazł nas taki sam list z kolejnym numerem czasopisma. Wszystko się zgadza: nasz dom, nasze dane, nasza reklama, lecz wciąż nie przez nas zamówiona. Hmmmmm… dwa razy to już nie przypadek, czas jednak był wyjątkowy, bowiem przed sylwestrowy i postanowiliśmy skontaktować się z redakcją po Nowym Roku. Stało się jednak tak, iż to redakcja skontaktowała się z nami. Drogą e-mailową zaproszono nas na Noworoczną Galę Agrobiznesu w auli SGGW w Warszawie. Oto i ono, nasze zaproszenie:

Siudak-1

Siudak-1:2

W czasie tym niestety mieliśmy Gości i nie udało nam sie dotrzeć na galę…

Zobaczcie jednak, co dotarło dziś do nas pocztą:

DSC02821

Zagadka się więc rozwiązała! Okazuje się, iż zostaliśmy wybrani do grona dziesięciu finalistów konkursu „Kwatery na Medal”, spośród gospodarstw agroturystycznych w całym kraju. Tym jest nam milej, że zgłosili nas do konkursu czytelnicy pisma :). Bez naszej wiedzy :). To na prawdę wielkie wyróżnienie!!!

DYPLOM

 Po raz kolejny widzimy, że warto wierzyć w to, co się robi i słuchać wewnętrznego przewodnika jakim jest w naszym przypdaku „głos serca” :).

Olcia i Alta II

Pierwszy post na naszym blogu zatytułowany był „Olcia i Alta <3”. Dodałam tam zdjęcie Oli dającej buziaka Alcie. Wtedy oboje z Przemkiem myśleliśmy, że Alta jest już taka duża :). Miała przecież 4 miesiące :). Wydawać mogła się jednak ogromna, bowiem jak ją zobaczyliśmy po raz drugi i zedcydowaliśmy, że to właśnie Ona z nami zamieszka miała 13 dni :). Jeszcze nie patrzyła na ślepka:

100_2140

26 marca jako „odchowana” suńcia wprowadziła się do Smolnikowych Klimatów. 

100_2312

Nawet przespała pierwszą noc bez piszczenia i sikania. W sumie tylko w tę pierwszą noc był spokój :). Później na sam widok „kojca” (starego łóżeczka przenośnego) zaczynało sie piszczenie, a po ulokowaniu jej w środku od razu sikała. Cwana bestia! Pozostaliśmy jednak twardzi i nie wpuszczaliśmy jej do łóżka ani na kanapę. Z tym drugim nie musieliśmy się nawet wysilać, bo nie mieliśmy wtedy kanapy :), a i łóżko było „pożyczone” z Południowego :).

Niespełna dwa tygodnie później Alta przywitała Schnappsa i jakoś się sobą zajęły te szczenięta, a mogliśmy pospać 3 godziny zamiast jednej bez piszczenia psiaków. 

100_2499

Ten siostrzano – braterski związek psich serc wciąż ewoluuje :). Od pierwotnej miłości, przez walkę Schnappsa o miskę Alty, ponowną przyjaźń, aż po wewnętrzne międzypsie ustalanie hierarchii ważności. Alta jest wciąż rozbrykana, ale wierna nam strasznie. Każdego dnia sprawia, że przywiązujemy się do niej coraz mocniej, do obu naszych psiaków z resztą.

Dlaczego więc „Olcia i Alta II”?…

To jedno z pierwszych zdjęć Oli, jakie przysłali mi jej Rodzice:

03

Maleństwo… Dziś i Olcia i Alta mają urodziny! Olcia trzecie, a Alta pierwsze :). Najlepsze życzenia dla nich obu:

IMG_0081

DSC02263

Ten blog nie mógł się po prostu inaczej zacząć :)…