bo w piątek trzynastego

Trochę sobie już żyję na tym świecie. Możecie wierzyć lub nie, ale… nigdy nie znalazłam czterolistnej koniczyny. Nie, żebym jakoś wybitnie jej szukała. Tu i ówdzie ktoś jednak wspominał, że znalazł. Ktoś mówił, że „ekspertem” w dziedzinie jest. 

Od pewnego czasu – a dokładnie rzecz umiejscawiając – od kiedy urodziła się Jagna, dużo czasu spędzam na trawie. Nie mogłam nie zauważyć JAK WIELE mamy tu koniczyny. WSZĘDZIE do okoła: na placu przed domem, na lokalnym boisku i placu zabaw.

Baczniej zaczęłam więc w tę trawkę zaglądać. Od czasu do czasu poszukiwać wynaturzonego szczęścia. Nic. Zero dla mnie szczęścia „w trawie” było. Zaczęłam nawet podejrzewać, że czterolistna koniczyna nie istnieje. Że jest wymysłem matek, które chciały jakoś zając swoje dzieci, polecając im poszukiwania niniejszej, by w spokoju napić się (i tak zimnej już 😉 ) kawy.

W tym roku, po dwóch miesiącach nieudanych letnich poszuliwań czterolistnej koniczyny w trawie w bliższej i dalszej odległści od domu, postanowiłam ostatecznie i jednożnacznie: CZTEROLISTNA KONICZYNA NIE ISTNIEJE. TO TOTALNA BUJDA. Poczułam ulgę. Już nie szukam. Ufff… OK!

Tego właśnie dnia, na kilka minut po moim postanowieniu, przywitała mnie w bramie wjazdowej przemiła dziewczynka, spędzająca u nas wakacje z równie uroczą jak ona sama rodziną. I mówi: „Patrz Ciocia, znalazłam dziś cztery (CZTERY!!!) czterolistnej koniczynki”. I wyciąga do mnie dłoń pełną czterolistnych koniczyn… Możecie sobie wyobrazić, co pomyślałam… To zdarzenie sprawiło, że moja ambicja nie pozwoliła mi przestać szukać. 

Były więc i popołudnia z kawą na czworaka w poszukiwaniu szczęścia 🙂 . I wciąż nic. I wciąż zero. Wielokrotnie nabierałam się na splątane listki dwóch roślinek udające jedną 🙁 . 

I właśnie wczoraj, w piątek trzynastego opowiadałam naszym Gościom wspomnianą wyżej historię o dziewczynce i pytam ich samych, czy kiedykolwiek w życiu znaleźli czterolistną koniczynę. Odruchowo już chyba dłubiąc stopą w trawie. I co! Od niechcenia i przez przypadek ZNALAZŁAM! SWOJĄ PIERWSZĄ W ŻYCIU CZTELOLISTNĄ KONICZYNĘ. 

Biegnę do Przemka, w uciesze i z „juuupiii” na ustach, a on z niedowierzaniem i sarkazmem mówi: „No to teraz możesz umrzeć w spokoju.” 🙂 🙂 🙂 

Sfotografowałam moje znalezisko, ułożyłam równiutko w książce do wyschnięcia i poczułam spełnienie. Pomyślałam, że ten PIĄTEK TRZYNASTEGO, to był „ten” dzień. 

Ten dzień w rzeczy samej!!! W kilka godzin później, znalazłam bowiem kolejną!!!

Uwierzycie?!? Przez tyle lat NIC, a tu nagle dwie jednego pechowego z założenia dnia 🙂 . I… i przestaję szukać 🙂 . Pozostawiam resztę szczęścia na naszym placu i w jego okolicy dla innych 🙂 . I co ja jeszcze mogę powiedzieć. Chyba tylko: „Believe & NEVER GIVE UP!”

mydło i golidło

Pracowałam kiedyś dla bardzo mądrego szefa. Wiele się od niego nauczyłam. Bardzo cieszę się, że z biegiem lat zaprzyjaźniliśmy się blisko i nasza znajomość wciąż trwa. Dziś zauważam, że zdobyta w tamtym czasie wiedza ma charakter uniwersalny. Bardzo pomogła mi na początku naszej drogi, a teraz wraca w potrzebie i pozwala zrozumieć nowe wyzwania.

Dlaczego o tym piszę? Peter (a.k.a. Peta) jest bardzo konkretnym człowiekiem. Mocno skupionym, o wyraźnie określonych celach. Niełasym na pochlebstwa, które jednak lubi, jak wszyscy 🙂 . Wiele lat pracy w biznesie restauracyjno/hotelarskim pozwoliło mu wiele zobaczyć. Zawsze zastanawiałam się czemu tak bardzo czepiał się nielicznych przypadków niepochlebnych opini, kiedy tych rewelacyjnych miał mnóstwo! Ludzie wracali do restauracji latami, byli fanami tego, co stworzył. Zawsze jednak marszczył czoło na wieść o niezadowolonym kliencie. Myślał o tych sytuacjach bardzo długo, rozkładał je na czynniki pierwsze. Wciąż pracował nad ulepszeniem „doskonałego”, bo tak był przez wielu postrzegany (w tym mnie i Przemka). Po prostu mistrz w swojej dziedzinie. Nie pozwalał sobie na żadną arogancję i zadzieranie nosa, mimo ugruntowanej i mocnej pozycji, jaką wypracował prowadząc własną restaurację przez ponad 30 lat. Taki był doświadczony, a ten jeden zły komentarz psuł mu nastrój na dobrych kilka dni… Dręczył go.

Nie rozumiałam tego wówczas, a teraz wszystko stało się jasne 🙂 .

Kiedy człowiek robi coś z serca, kiedy skupia się na wszystkich szczegółach i stara jak najlepiej, a nagle coś wypada w oczach Gościa nie do końca dobrze, a czasem nawet po prostu źle, to boli to okrutnie. Teraz już wiem, czemu Peter tak długo to wszystko w sobie nosił i trawił. Dobre opinie utwierdzają człowieka w tym, że wybrał słuszną drogę. I jakby na to nie patrzeć są najzwyczajniej w świecie miłe. To jednak te niepochlebne zapadają w pamięć. Ja pamiętam wszstkie nasze w oczach Gości potknięcia…

W tym roku postawiłam sobie jednak za cel lepsze analizowanie potrzeb i komentarzy Gości. Mniej emocji więcej trzeźwego spojrzenia.

Na „owoce” wspomnianych analiz natkniecie się w naszym domu już od teraz 😉 . W łazienkach od samego początku czekały u nas ręczniki, suszarki i mydło do rąk. Jak się okazuje współczesna agroturystyka na bieszczadzkiej (i pewnie nie tylko 😉 !) wsi musi oferować jednak jeszcze coś! A co? To:

  

I tak mi przyszło do głowy, że skoro Austriak w mieście kowboi odniósł taki sukces, to mądre wsłuchiwanie się w potrzeby naszych domowników i nam zapewni spokojny sen.

Dziękujemy za mobilizację, tym którzy zapomnieli spakować mydło 😉 .

smak dzieciństwa

Bardzo się staram, by nasz blog nie stał się blogiem „matki wariatki”, czy blogiem „ojca”. To jednak, czego obecnie doświadczam w kontakcie ze swoim dzieckiem jest niesamowite. Fala euforii i energii jaką czerpę z przebywania z Jagną nie równa się niczemu, co do tej pory przeżyłam! Patrząc na Nią rozczulam się, robi mi się ciepło na sercu, a niejednokrotnie po prostu wzruszam się i chcę, by chwila, w której jesteśmy nigdy się nie kończyła.

Wczoraj miałyśmy super dzień. Tylko we dwie, bo Przemek musiał wyjechać. Zabrałam Jagnę nad rzekę. Niby nic takiego, a Ona przez prawie godzinę wrzucała kamienie do wody i zdawała się w ogóle tym nie nudzić. Wręcz przeciwnie – wraz z upływającym czasem Jej zaangażowanie rosło. Dokładniej wybierała kamyki, komentując na bieżąco i wciągając mnie do zabawy.

   

Stałam obok bacznie obserwując i przysłuchując się. Patrzyłam na nią, taką już dużą, choć jeszcze bardzo małą. Znów porzemknęła mi przez głowę myśl o czasie, który za szybko gna. Jednak bardziej chciałam myśleć o tym, że Jagna doświadcza właśnie beztroskości dzieciństwa, że tak niewiele tak mocno może cieszyć…

Zapętlamy się czasem w dorosłości, a to za czymś goniąc, a to czymś się zamartwiając. Przestajemy czasem widzieć piękno małych rzeczy. Dzieci tak nie mają. Wszystko jest dla nich nowe, ciekawe, warte uwagi. To bezcenne!

To właśnie chcemy swojemu dziecku dać – beztroskie dzieciństwo! Plum kamykiem do wody, szaleństwo w hamaku, ubłocone buty, umorusaną czasem buźkę, a na niej najszczerszy, najgłośniejszy śmiech.

Wy też tak macie?

2,5 miesiąca

Sięgnęłam dziś na internetową półkę z blogiem. Zdmuchnęłam z jego okładki wirtualny kurz, przewertowałem strony… Dawno mnie tu nie było. Sylwester płynnie zamienił się w ferie. Ich koniec wyznaczył początek prac remontowych w Smolnikowych Klimatach. Prawie cały marzec systematycznie zcieraliśmy wirujący w powietrzu kurz, zamiataliśmy wióry z podłogi i nim się spostrzegliśmy – znów płynnie – nadeszły święta.

To niby tylko 2,5 miesiąca, od mojego ostatniego wpisu, a tyle się wydarzyło… Za pasem majówka. Szczerze przyznam, że nie wiem jak się to wszystko co roku dzieje, że nim przestawię się na wpisywanie w datę zmienionego roku, już mamy wiosnę (no przynajmniej tę kalendarzową 😉 ) i weekend majowy w perspektywie.

Nie będę Was zanudzc szczegółami remontu. Napiszę tylko tyle, że od teraz będzie Gościom u nas jeszcze cieplej 😉 . Prysznic w Bieszczadzie doczekał się od dawna upragnionej szyby.

   

W oknach mamy moskitiery! Zapraszamy do wypróbowania zastosowanych rozwiąząń na własnej skórze. Jest się czym cieszyć 🙂 .

Choć Wielkanoc była mocno mokra, a nawet rzec można, że chwilami zimowa, to bardzo miło spędziliśmy czas w towarzystwie naszych stałych Gości.

   

   

Bieszczady to niełatwe miejsce. Lubią zaskoczyć deszczem i śniegiem, a i niemiłosiernym BŁOTEM 🙂 . Nie każdy jest na to gotowy, ale tegoroczni Goście za nic mieli aurę. Odnaleźli się w warunkach jakie zastali świetnie i doszukali się piękna regionu między kroplami deszczu 🙂 . 

Moi drodzy, to będzie ciekawy i wymagający rok dla nas. Choć nasz dom jest spełnieniem marzeń, to marzyć nie przestaliśmy. Mamy przed sobą duży projekt, jeszcze z takim się nie mierzyliśmy. W równym stopniu targają nami ekscytacja i lęk – Biesy i Czady. Czuliśmy się tak już kiedyś 🙂 . Nie będę jeszcze za wiele zdradać, ale proszę – trzymajcie kciuki. Żeby troszę poruszyć Waszą wyobrażnię pokażę Wam takie zdjęcia:

Oczekujcie uaktualnień, mamy nadzieję, że już za chwilkę wszysto ruszy 🙂 .

a gdyby tak cofnąć czas

Wiele mam pomysłów na posty, bo wiele do mnie myśli przychodzi. Niektóre jednak skreślam od razu, bo nie wydają mi się odpowiednie. Innym pozwalam dojrzewać, odnajdywać odpowiednie słowa, zmieniać się i z czasem stają się gotowe. Niektóre odepchnięte na początku, wracają w nowej wersji. Są jednak i takie myśli, które od razu są właściwe.

I tak dla przykładu dziś miałam sen o tym, że cofnął się czas… Dosłownie – byłam sobą sprzed 8-9 lat. Byłam za oceanem. Otaczały mnie wysokie skaliste góry, bezmiar przestrzeni i bielusieńkiego śniegu. Stałam na „szczycie świata” z wpiętymi nartami gotowa do startu. Szus… uniósł mnie puch i poczułam coś, co nazywam lekkością bytu. Coś czego od bardzo dawna nie czułam. Coś za czym tęsknię czasem mniej, a czasem bardziej. To taka radość z chwili, z zabawy na jaką pozwala nam czasem życie. Kiedyś tak było – lekko, śmiesznie, bez poważnych decyzji i intensywnej codzienności 🙂 . 

Obudziłam się i chwilę mi zajęło, by zdać sobie sprawę z tego, że dziś to dziś, a tamto to był sen. Pomyślałam: „Ach ta lekkość bytu. Umknęła. Już jej nie ma.”. Spojrzałam na swoje śpiące dziecko i zdałam sobie sprawę z tego, że „lekkość bytu” ma się nijak do tej cudnej buzi. Zeszłam na dół skrzypiącymi schodkami i uświadomiłam sobie, że takie właśnie zawsze mi się marzyły. Drewniane i skrzypiące. Włączyłam ekspres, zaparzyłam ulubioną kawę. Do kuchni zszedł mąż i rozpoczęliśmy nasz codzienny, poranny rytuał śniadaniowy. 

A mogło nam się nie udać. A mogliśmy w życiu wybrać inaczej. Inne podjąć decyzje. Może do dziś wystarczałaby nam wyłącznie lekkość bytu 😉 , a może tęsknilibyśmy za czymś więcej. Za za dumą i zadowoleniem, które choć często okupione brakiem czasu i zmęczeniem, dają nam wielką satysfakcję. 

Chyba więc nie warto cofać czasu 🙂 . W dniu dzisiejszym patrząc wstecz widzę to, jak szybko i płynnie „kiedyś” zmieniło się w „dziś”. Wiem, że „dziś” za chwilkę będzie „jutrem”.

I wiecie, co. Może już nigdy nie wepnę nart i tak pewnie jak kiedyś nie ruszę w dół. Może nigdy nie dobiję 6000km na rowerze od maja do października. Wiem też, że nie przebiegłabym jednego kilometra w swoim życiu, gdyby wszystko się w nim nie zmieniło, a tak mi się to teraz podoba 🙂 . 

Ciekawe co przyśni mi się dziś… A może podpowiedź jak zbudować wehikuł czasu 😉 . Kusząca wizja.

ho! ho! ho!

Mówią: „Czy umyłaś okna, czy nie święta i tak się odbędą” 😉 . Prawda! Pewnie nikt nawet nie zauważy 🙂 . 

Przeczytałam jeszcze ostatnio, że jest tylko jedna rzecz lepsza niż bycie dzieckiem podczas Bożego Narodzenia. Jaka – pomyślałam sobie?… Przecież kiedy jest się dzieckiem święta są takie magiczne, wyjątkowe, pachnące i pyszne. Choinka świeci jaśniej i bardziej skrzą na niej bombki. Co więc lepszego być może?

Szybko pojawiła się i odpowiedź. Na dodatek dość prosta była. Otóż brzmiała ona:

„posiadanie dziecka, które świąt doświadcza”.

Nie wiedziałam jak się do tego odnieść. Z tymi oknami to u mnie prawda – czy to na jedne, czy na drugie święta czasem się nie wyrobię z myciem. Święta i tak się odbywają.

Co do świętowania z dziećmi, to Jagna do tej pory obchodziła Boże Narodzenie dwukrotnie. Chyba żadnych świąt świadoma nie była. Siłą rzeczy zostawała ze mną w kuchni, kiedy Przemek z Gośćmi wyjeżdżał po choinkę. Wszyscy wracali zadowoleni, ustawiali drzewko w Izbie Biesiadnej, jedli śledzie pod postaciami trzema i stroili choinkę. Nigdy nie udało mi się wyrwać z domu i doświadczyć niesamowicie świątecznego procesu szukania, ścinania i strojenia drzewka. Dziś wiem już, że taki on jest!

To rodzinny czas, naznaczony świętowaniem i radością.

   

Tak wyszło, że zeszłorocznym postanowieniem (ze względu na Jagnę) nie organizujemy świąt dla Gości w tym roku. To też czas znalazł się na wszystko – na wspólne przystrajanie Izby, „polowanie” na choinkę, jej przystrajanie i nieco przedwczesne otwieranie prezentów. Jagna była zachwycona – WSZYSTKIM! Od wycieczki do lasu: 

Przez ciągnięcie z Tatą choinki do samochodu i wnoszenie jej do domu po…

   

   

    

(…) ubieranie choinki:

Szukanie Gwiazdki na zachmurzonym niebie było dla niej nieco rozczarowujące. Moc podarków pod choinką przyniesiona przez „niewidzialną Gwiazdkę” wynagrodziła jednak wszystko 🙂 . Nie ważne było co i dla kogo Gwiazdka przyniosła. Trzeba było odwiązać wstążkę i potargać papier 🙂 .

   

Niesamowita radość. Nie do uchwycenia w spokoju 🙂 . 

Tak! Lepsza niż bycie dzieckiem podczas świąt 🙂 . Patrzeć na własne dziecko, które uwielbia tę „świąteczną choinkę”, nieudolnie wiesza zabawki tylko na najniższych gałązkach 🙂 , co chwila ściąga srebrny łańcuch z choinki i się nim owija biegając i pokrzykując i cieszy się najmniejszym podarkiem to niesamowite uczucie.

Magia świąt wraca. Ciepło się na sercu robi 🙂 .

Przyznam się Wam jeszcze do czegoś. Moc kartek świątecznych, przesyłek mniejszych i większych od Was do nas sprawiła, że i my odnajdujemy w sobie dzieci. Dziękujemy za pamięć!

Życzymy Wam spokojnych, mroźnych świąt w ciepłej rodzinnej atmosferze. Niech nikogo nie zabraknie przy Waszym wigilijnym stole. Zapomnijcie co złe, pamiętajcie o dobrym. I przede wszystkim bądźcie zdrowi – bo choć to najbanalniejsze z życzeń, to jedyne, na którego spełnienie warto czekać.

od Disney’a w Karkonosze

Mam dla Was historię. Gdyby przyszło mi ją osadzić w scenografii to byłoby coś na pograniczu „Opowieści wigilijnej” w wydaniu Disney’a a historii powszechnie znanej jako „O domku w Karkonoszach” 😉 . 

Było więc tak. Wyjechaliśmy na urlop, było super, ale jak to urlop – kończy się. Wróciliśmy do domu i zanim do końca rozpakowaliśmy walizki, Smolnik zaczął pięknieć w najcudowniejszy grudniowy sposób. I tu włączamy bajkę Disney’a: ogromne płatki śniegu wirowały po woli w dół. Konsekwentnie przykrywały trawnik, dachy, drzewa. Wszystko!

   

Cudowna aura.

SOBOTA.

Po 2 dniach czułam się u siebie, jak w tym maleńkim domku w oddali, w którym tli się w okienku światełko i choć na zewnątrz zawierucha, to w środku cieplutko i pachnąco.

Rodzinnie.

I nagle cyk!

Światełko zgasło 🙂 .

Sobotni wieczór spędziliśmy przy świecach. I też wybornie! Żadne światło tak pięknie nie wypełnia naszego domu, jak światło świec. No może tylko późno jesienne zachodzące słońce może ze świecami stawać do konkurencji. Niemniej jednak świece i klimat zimowej zawieruchy uzupełniał turkot generatora za oknem (ciepło musiało być w domu).

NIEDZIELA.

Noc minęła. Obudziliśmy się i przywitał nas słoneczny dzień. Jeszcze nie mroźny, ale bardzo zimowy (znów Disney). Cicho, ale nie ciemno, mimo że światła brak. Dzień w końcu! Słoneczny i biały.

   

Zjedliśmy śniadanie i nie chcieliśmy czekać ani chwili dłużej, by nacieszyć się śniegiem i zimą. Ubrani i w pełnej gotowości zabraliśmy Jagnę na sanki.

   

Ubaw po pachy!!! Strącanie „lawinek” z gałęzi, noszenie kulek, lepienie bałwana, tarzanie się w zaspach.

Cyk! Ok. 13 wróciła elektryka. Do normalności zdawało się wracać życie. Minął dzień, wieczór zmieniał się w późny i czas na kąpiel przyszła. Jagny stópki dotknęły tafli wody w wannie i znów… CYK 🙂 ! Teraz wiedzieliśmy już, że to nie przelewki.

Po spacerze wciąż było jak w bajce.

Jednakże tu pojawia się „zły charakter”: Halny :). Halny wiał i wiał. Światło migało w ciągu dnia i wieczoru dość często, ale o 20 już nie wróciło.

Powtórka z historii: świece, agregat.

PONIEDZIAŁEK.

Tu zaczyna się ta część z historii o domku w Karkonoszach 🙂 . Wyłączamy Disney’a.

Agregat wyje. Brak prądu oznacza brak wody, zasięgu, Internetu, kreatywne palenie w kominku etc. Obudziliśmy się w ciemnych sypialniach, bo nocą śniegiem zawiało nam okna dachowe. Światła brak. Szaro na zewnątrz, jakby wiosennie zdawało się być na dworze. Z tyłu głowy mamy nadzieję, że o 13 znów wróci prąd. Widzimy nawet samochód „energetyki”, co napawa nadzieją. Trzynasta mija, czternasta, siedemnasta, a nawet i dwudziesta. Wciąż ciemno.

Agregat wyje.

Świece płoną.

Już nawet nie czekamy na powrót elektryczności. Damy radę przetrwać kolejną noc. 

Siedzimy, gadamy i nagle CYK 🙂 . Jest 21 z „groszami”. Nie dajemy wiary, że to na dłużej, ale rozświetla się cały dom! Nawet nie pamiętaliśmy, gdzie świeciło się światło, kiedy zgasło 😉 . 

Poczuliśmy ulgę. 

CZWARTEK:

Prąd, zasięg, wodę i Internet mamy cały czas do dziś. Troszkę chciałam Was rozmarzyć, troszkę rozśmieszyć. Nie było źle, wielki komfort psychiczny dały nam obojgu „zbierane” od lat w razie „W” urządzenia. Czasem trzeba było z czegoś zrezygnować, by był w domu agregat. Odśnieżarka przez pierwsze dwie zimy miała ferie :). Przemek ją odpalał, żeby „przepalić” 🙂 . A teraz te rzeczy ratowały nasz spokojny sen, wyjazd z domu do jakiej takiej cywilizacji. 

Gdybym miała zamkąć ten post w jednym zdaniu, to poszłabym w taki banał:

„My się zimy nie boimy.” 😉

wartość dodana

Zdałam sobie sprawę z pewnej prawidłowości. Zanim człowiek otworzy drzwi swojego domu dla Gości, najpierw musi sprawdzić, czy jego głowa jest wystarczająco na innych otwarta. Wydaje mi się, że dla nas było to naturalnie. Tak chcieliśmy żyć. Bardzo lubimy przebywać w towarzystwie ludzi. Tym lepiej, gdy prowadzą całkowicie odmienne od naszego życie.

Zawsze staramy się czegoś nauczyć od każdego z naszych Gości. Słuchamy historii z życia korporacji, fascynują nas zapaleni sportowcy-amatorzy (z racji lokalizacji głównie biegacze), ale i profesjonaliści w przeróżnych dziedzinach. Uwielbiamy patrzeć na nasz dom uchwycony w migawce innego, niż własny, aparatu. 

Jest jednak jedna rzecz, którą ja osobiście lubię najbardziej. Taka wartość dodana naszej pracy. Wielką przyjemnością są powroty Gości. Zwłaszcza tych, którzy w tzw. „międzyczasie” stali się rodziną. Ot, tak byli sobie u nas we dwójkę 3 lata temu i „hop siup” teraz jest ich troje/czworo 🙂 . Czasem wydaje mi się, że widzieliśmy się przedwczoraj, a tu nagle „ta malutka córcia” ma już 6 lat i właśnie zaczyna po wakacjach zerówkę 🙂 . Nie ukrywam, że wiele ma to wspólnego z tym, że i my staliśmy się pełną rodziną. 

Sezon wciąż trwa. Jest już jednak trochę ciszej, choć złota polska jesień rozpieszcza nas w tym roku. Dzięki temu spowolnieniu i nasza mała rodzina ma kilka wolnych rodzinnych chwil dla siebie 🙂 . Odkładane na później spacery i wyjazdy właśnie realizujemy. 

Małe stópki dzielnie przemierzają drogę pod górę.

I w dół – choćby u Taty na rękach:

Jemy lody i odwiedzamy odkryte przez naszych Gości miejscówki. 

W końcu zaglądamy w miejsca, na które zawsze było za mało czasu.

   

Każdego jednak dnia cieszymy się naszym Smolnikiem.

Jeszcze tylko spójrzcie na to i dam Wam spokój. Mój On i Ona:

światło i cień

Ja wiem, że koniec wakacji zbliża się nieuchronnie.

Ja wiem, że już niebawem uczniowie dostaną do rąk nowe plany lekcji i spakują do plecaków książki.

Ja to wszystko wiem…

Sama nie jestem gotowa jeszcze na jesień. Czuję jakby to lato wybitnie szybko mi uciekło. Nie „wygrzałam” jeszcze kości w promieniach dziennego słońca, a tu już wieczór przychodzi wcześnie.

Co by jednak nie czuć i nie pisać, o tej porze roku popołudniowe słońce tak pięknie zadomawia się w Izbie Biesiadnej. Wypełnia nasz dom ciepłym, spokojnym odcieniem, który sprawia, że jest jeszcze piękniej i leniwiej.

Światło i cień bawią się ze sobą w najlepsze. 

Jesieni, czy to Ty pukasz już do drzwi?