i po co on tam polazł?

Perspektywa to ciekawa rzecz.

Pozwala nam widzieć rzeczy inaczej na rożnych etapach naszego życia.

Dziś – z perspektywy czasu 🙂 – śmiem twierdzić, że najlepszym nauczycielem jest doświadczenie, a szkoła życia najbardziej prestiżową jest z dostępnych nam szkół. Nie oznacza to w ogóle, że polecam odpuścić sobie edukację w tradycyjnym jej rozumieniu i już dziś, tu i teraz „wziąć się z życiem za rogi”. Wręcz przeciwnie! Jako dobra i sumienna uczennica, a także wielki fan szkoły (po prostu rasowy „kujon” – hehehe 🙂 ) zachęcam do „odbębnienia” (najlepiej w wielkim stylu) niezbędnego czasu w szkole i na studiach. Kiedy jednak papier jest już w dłoni – a ten zawsze warto posiąść – pakować należy walizki i w podróż na spotkanie z życiem ruszać. Mam nadzieję, że kiedy Jagna dorośnie i powie: „Kochani moi Rodzice, wyprowadzam się. Jadę na drugi koniec swiata, bo ten piękny, w którym się wychowałam znam juz aż za dobrze.” –  będę równie liberalna i otwarta. Jak dziś, kiedy piszę tego posta 😉 . Chyba nie mam innego wyjścia, bo „wiszę” to mojej Mamie ? . Jadwiniu, liczę wówczas na Twoje wsparcie 😉 !

Niemniej jednak doskonale wiem, że doświadczenie nas uczy i kształtuje. Życie sprowadza do pionu. Czasem jest łatwiej i weselej, innymi czasy smutniej i trudniej, ale jak się czegoś nie przeżyje samemu, to się tego nie zrozumie. I tak dla przykładu wiele rzeczy mnie dziwiło i zaskakiwało, kiedy wyjechaliśmy za ocean. Inna kultura, inne motywacje i potrzeby ducha. Zastanawiało mnie co to za puch, który sprawia, że połowa porannej zmiany dzwoni z prośbą o zwolnienie z powodu „choroby” 😉 . Ktoś „wyszusował” 128 dni na nartach? Po co?!? Po co to komu?

Moje własne życie postanowiło mi odpowiedzieć. To ono wzięło mnie „za rogi” i sprowadziło do pionu. Pozwoliło zrozumieć miłość innych do gór, do nart, do sportu. Przewartościowało mnie. Okazało się, że „zarobić” swój skręt (na nartach) jest znacznie przyjemniej, niż bez końca wjeżdżać wyciągiem na górkę i jeździć po doskonale przygotowanym stoku. Nie twierdzę, że to nie jest świetna zabawa, bo jest! Ale… wleźć tam o własnych siłach, żeby zjechać, to coś więcej. To pasja i miłość do gór, do puchu, do walki z sobą.

   

   

   

   

Więc właśnie:  po co on tam polazł, a ona za nim?

 

Po prostu – oboje ukochali ten puch, to zmęczenie, tę ze sobą walkę.

Ostatnie zimy tu w Bieszczadach nie były dla nas łaskawe. Były raczej jesienią z przebłyskiem bieli. Doczekaliśmy jednak i zimy!!! Mroźniej i śnieżnej – zimy doskonałej, znanej jako „prawdziwa” 🙂 .

Od kiedy tylko zamieszkaliśmy w Smolniku i kiedy bielała górka przy schronisku, zastanawialiśmy się z Przemkiem, jakby to było z niej zjechać. W tym roku się przekonaliśmy ? .

Ot, jest i odpowiedź. Poszedł tam, by zjechać sobie w tym świeżym śniegu. A ona poszła za nim dokładnie po to samo i obojga to wielce uszczęśliwiło 🙂 . 

Zamykając temat doświadczeń nie mogę się powstrzymać, by napisać:

„You can take a Boy out of Jackson Hole

But you cannot take Jackson Hole out of the Boy.”

   

   

 

hu! hu! ha!

Nasza zima… Piękna!

Kiedy urodziła się Jagna, bardzo szybko stało się jasne, że nie należy do dzieci, które cichutko zasypiają spokojnym snem na drzemkę w ciągu dnia. Nie dość, że lubi się zmęczyć po przebudzeniu, to śpi najlepiej w wózku – na dworze, na spacerze. Inaczej nie śpi w ciągu dnia w ogóle 🙂 .Tak jest od dnia, kiedy tylko zaczęliśmy z nią wychodzić na zewnątrz. Wielu opcji spacerowych nie mamy – możemy iść w prawo lub w lewo 🙂 . W prawo ku „asfaltowi” 🙂 – głównej drodze dojazdowej do Smolnika; w lewo – w stronę Mikowa (a.k.a. koniec świata). Przemek od zawsze wolał opcję w lewo. Ja – nie koniecznie… Wydawało mi się, że to nudna, niekończąca się droga, gdzie po 1,5 km kończą się zabudowania i nic się nie dzieje przez kolejne 1,5, później mamy Mików i znów nic 🙂 . Z czasem jednak zaczęłam wybierać tę trasę częściej. Nasze spacery z Jagną się wydłużały, a opcja „w prawo” daje możliwość 6-cio kilometrowej jedynie przechadzki z domu i z powrotem. Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z bieganiem łatwiej było kierować się w lewo, bo dawała lepsze opcje dystansu – skrócić/wydłużyć. I tak oto nauczyłam się lubić ten wariant. Ba, teraz to moja ulubiona opcja.

Choć pogoda zmusza mnie, by zwolnić tempo (czego barrrdddzzzooo nie lubię), to Jagna wciąż potrzebuje swojej drzemki każdego dnia. Pada, wieje, żar się z nieba leje – my maszerujemy 🙂 . W tę mroźną pogodę też nie ma odwrotu 🙂 .

Dziś wolniutko, z nóżki na nóżkę zmierzałyśmy razem do Mikowa. Jagna spała, ja robiłam zdjęcia w naszych ulubionych miejscach:

  • na zakręcie:

   

  • przed schroniskiem:

  • przed mostkiem w Mikowie:

   

  • i w Mikowie 🙂 :

  • i tu, gdzie od Nowego Roku nie mogę się dostać, a to moja ulubiona część przechadzki:

  • i w drodze powrotnej:

Tak oto w fotograficznym skrócie wygląda nasz ulubiony spacer. 

Chyba nawet powstaje nasz własny – nazwijmy to – „slang”. Mówimy z Przemkiem do siebie: „jestem przy jesionie”, „koło drzewa >>jeleń<<„, „dziś za mostek i z powrotem”, etc.

Takie dni jednak mają swoją cenę. Pokażę Wam tylko jak pożegnał nas wczorajszy dzień, by dzisiejszy mógł być taki piękny 🙂 . 

   

Komuś jeszcze zamarł zamek do drzwi? 🙂 🙂 🙂

o nowościach w Nowym Roku

Witam w Nowym Roku. U nas wciąż zimowo i bajkowo 😉 .

dsc06154

Nacieszyć się nie możemy tą aurą. To były dla nas pierwsze białe święta w Bieszczadach.

dsc06183

dsc06187

dsc06194

dsc06192

Od listopada żyjemy w śnieżnej krainie, jak z bajki. Kochamy ten stan rzeczy 🙂 . 

dsc06157   dsc06158

dsc06160

dsc06134   dsc06135

Pożegnaliśmy Stary Rok.

dsc06169

dsc06172

Mamy Nowy 2017, a zatem i nowy kalendarz, nową energię. Miałam nie podsumowywać 2016. Nie rozliczać Go z niczego, ale był to  dla nas na prawdę bardzo dobry rok, więc należy Mu się pochwała.

W końcu – mimo wielu nowych obowiązków i jak zawsze wytężonej pracy udało nam się zrobić coś dla siebie. Dokonaliśmy – wydawałoby się – niemożliwego. W każdy dzień wygenerowaliśmy czas tylko dla siebie. Na dodatek wypełniliśmy go po brzegi swoimi pasjami. Znaleźliśmy nową, która choć nigdy nie zastąpi jazdy na rowerze, to pozwala nam odpocząć psychicznie równie mocno. Każdego dnia ubiegłego roku towarzyszyła nam niezmierzona radość, bo wszystko cieszy jeszcze mocniej, gdy na świecie pojawia się dziecko. Kiedy śmieje się ono, cały świat się uśmiecha 😉 .

Ponadto. Mieliśmy takie marzenie, by 2016 rok był rokiem wolniejszym w kwestii inwestycji. Od dnia kiedy zamieszkaliśmy w Smolniku ciągle coś było „do zrobienia”. Lista potrzeb piętrzyła się bez końca. Pisałam Wam o tym, nie będę się powtarzać. Chcieliśmy na zakończenie 2016 roku wykonać kilka projektów dopieszczających wnętrze domu, zamiast wciąż inwestować w jego infrastrukturę. Co prawda niezbędną do normalnego funkcjonowania w XXIw., ale niewidoczną dla oka Gości. To też się udało 🙂 !!!

Tym oto sposobem wszyscy już prawie śpią u nas na materacach z pianki termoplastycznej!!! W kolejce czeka już tylko sypialnia Południowa. Tam też zmiany dotrą – większe, nie kończące się tylko na materacach 🙂 . Mam nadzieję, że już niebawem będzie co pokazać 🙂 , ale czekajcie cierpliwie!

Zdążyliśmy również przyjąć spóźnione prezenty od Gwiazdki :). 

W Lawendowej nie tylko nowy materac („stary” piankowy maił dokładnie 2 lata 😉 ), ale przede wszystkim nowe łóżko!!! Pełnowymiarowe łóżko dla dwojga – 140×200. Te 20 cm robi wielką różnicę:

dsc06205

dsc06209

dsc06205

Komoda doczekała się frontów i w końcu zamknąć w niej można będzie „cały ten” porządek 😉 . 

dsc06207   dsc06208

Rzadko pokazujemy sypialnię Bieloną. W sumie nie wiem czemu, bo należy do moich ulubionych.

dsc06231   dsc06227

Dziś jednak i ona doczekała się prezentów. Materace sprawiają, że łóżka sięgają prawie po sam sufit 🙂 , a fronty w niedokończonej jeszcze szafie (tak, tak, więcej zmian nadchodzi) zamykają pięknie przestrzeń na ubrania i buty. 

dsc06221   dsc06233

dsc06224

dsc06223

   dsc06220   dsc06228

Gwiazdka była łaskawa i dla nas, bo choć w części gościnnej domu, to zafundowała nam piękny mebel. Szafę bieliźniarkę na pachnącą pościel, byśmy łatwiej i szybciej mogli przygotowywać sypialnie na Wasze wizyty.

dsc06214   dsc06216

dsc06218

My tak zaczynamy ten rok. Dziś jeszcze u nas cicho – tylko pralka nie ma wolnego – ale od jutra dom się wypełni.

Życzymy Wam wszystkiego dobrego na ten Nowy Rok. Niech nas wszystkich pozytywnie rozczaruje 🙂 . 

spóźnieni

*****

dsc05695

Żyjemy 🙂 .

dsc05694

Nie uciekliśmy, a jeśli nawet to nie na zawsze 😉 .

dsc05692

Nie zapadliśmy w sen zimowy, choć nieźle nas zasypało.

img_2178  img_2174

img_2164

Jesteśmy w domu, po „wakacjach”. Zachwyceni tym, jaka aura przywitała nas po urlopie.

dsc05698

dsc05704

dsc05700

Zakochani w zimie, jak zawsze nią oczarowani, wypoczęci i zrelaksowani cieszymy się ciszą w domu, który już niebawem wypełnią zapachy świątecznych przygotowań. 

dsc05963

Szeroko rozumiane „lato” skończyło się dla nas 18 listopada, br. Sezon nasz trwał w tym roku 207 dni. Przez 189 z nich nie mieliśmy dnia wolnego. Nieskromnie powiem, że to dla nas wielki sukces 🙂 , ale tylko Wasza zasługa!!! Dziękujemy Wszystkim za możliwość poznania, ponownych spotkań, przyszłych odwiedzin.

Zmęczeni byliśmy – oj tak, ale i równie szczęśliwi. Wielce usatysfakcjonowani i gotowi na więcej 🙂 . 

Po takim sezonie – pomyśleliśmy – należy nam się nie lada wypoczynek! Tu i tam chcieliśmy wyjechać.

– „Znajdźmy nowe miejsce.” – zdawało nam się podpowiadać sumienie.

– „Nie…” – mówił rozsądek.

– „Wróćmy więc w sprawdzone.” – powiedzieliśmy sami sobie.

W to właśnie „sprawdzone” miejsce, gdzie smak kawy jest zawsze pyszny, a na śniadanie dostaniesz to, o czym marzysz pojechaliśmy. W miejsce, gdzie zawsze jest ciepło i przytulnie. Gdzie room service zamawia się z wyprzedzeniem jednego dnia i smaki nigdy nie rozczarowują. Po prostu pięć na pięć gwiazdek. Takie miejsce ma każdy – warto o tym pamiętać 🙂 . Gdzie ono jest? A gdzieżby indziej mogłoby być niż u Rodziców 🙂 ? Tam też skierowaliśmy nasze urlopowe plany. Choć nie obeszło się bez przygód kilku (tych oszczędzam 😉 ), to dzięki naszym Rodzicom odpoczęliśmy. Wyskoczyliśmy na randkę lub dwie, spotkaliśmy się ze znajomymi, pobiegaliśmy we dwoje bez wózka i w ogóle, mieliśmy ubaw z bycia w mieście.

Swojego woła jednak do siebie i choćby w najcieplejszych u Mamy i Taty spał pieleszach, to tęskni za domem. Pogoda powrotowi nie sprzyjała. Ku radości wszystkich zatrzymała nas w rodzinnych stronach dłużej niż planowaliśmy. Dotarliśmy jednak do domu i pokazujemy Wam, co zastaliśmy 🙂 :

dsc05883

dsc05862

dsc05871

dsc05895

dsc05899

dsc05900

dsc05857

Smolnik tonie w bieli. Czasem trudno złapać kontrast… Jest bajkowo!

dsc05977

dsc05960

dsc05945

dsc05943

dsc05909

dsc05933

dsc05938

dsc05936

dsc05929

dsc05926

dsc05912   dsc05918

Takie mamy małe życzenie mikołajkowe. Ostatnie „wakacyjne” 🙂 – niech święta i Nowy Rok (choć do marca) będzie biały albo nawet bielszy. Nie, po prostu niech ta zima będzie NAJBIELSZA!

od kuchni

Pisałam Wam już o tylu rzeczach. Pokazywałam nasz dom widziany naszym okiem i w obiektywie innych. Widzieliście Smolnikowe Klimaty w fazie realizacji projektów, opisywałam codzienność, przedstawiłam Jagnę. Czasem piszę o uczuciach, które gdzieś się kumulują, czasem chciałabym wrzasnąć, ale wtedy raczej się powstrzymuję od pisania 😉 . Kiedy czuję, że mamy dobry czas chcę się tym dzielić – wychodzą pozytywne posty. Takie lubię najbardziej 🙂 .

To, co dziś do głowy mi przyszło, pojawiło się w myślach kilka dni temu. Nasz sezon jeszcze trwa. Zbliżamy się do magicznej cyfry… 6 miesięcy – tyle w tym roku trwać on będzie. Będzie, bo dokładnie zaplanowaliśmy jego koniec. Może gdybyśmy nie postanowili wziąć wolnego przed sezonem i po, to trwałby znacznie dłużej 😉 . Dziękujemy Wam za każdy dzień serdecznie. Jeszcze pewnie rozpłynę się w mowie „dziękczynnej” do Was, nasi Drodzy Goście, ale dziś też chcę w swoim i Przemka imieniu wyrazić naszą wdzięczność. 

Nie ukrywam, że taki sezon to czas pracy dla nas. Codziennie budzimy się z dokładnie zaplanowanym śniadaniem, ustalamy z wyprzedzeniem menu obiadokolacji. Skupiamy się nad Waszymi alergiami, wyborami, prośbami. Bardzo, bardzo staramy się, by nie zawalić. Przychodzą w związku z tym dni wielkiego zmęczenia. Dni kiedy – przynajmniej ja – czuję, że rozpadnę się na milion kawałków i nikomu nie uda się złożyć tych puzzli do kupy 😉 . Nie ma co oszukiwać. Jagna ma wpływ na te cięższe dni. Akurat ząbkuje, „szybciej” spała ostatniej nocy i wstaje bladym świtem lub nawet przed i gotowa jest do zabawy 😉 – bezcenne, cudownie, ciężkie poranki. W takie dni mam swoją taktykę. Robię kawę i z pierwszym jej łykiem przemykam z Jagną siedzącą na moim lewym biodrze, cichutko i bezszelestnie do Izby Biesiadnej. Biorę książkę Gości i czytam Wasze wpisy. Półgłosem – dla siebie i Jagny. Tak ładuję baterie na kolejny dzień, który zaczął się nieco za wcześnie. I co ja tam takiego czytam? Co takiego daje mi tyle siły?

Wszystko jest super – rysunki Waszych pociech, kulfoniaste podpisy maluchów pod słowami Waszego zadowolenia. Dla przykładu: „dom piękny”, „nie zmieniajcie się”, „czuliśmy się jak w domu”, „oddech od codzienności”, „cudowna rodzinna atmosfera”, „cisza”, „spokój”, „pięknie”. I jeszcze jedno, powtarzające się praktycznie w każdym wpisie: „PYSZNE JEDZENIE”. 

Dziękujemy! Staramy się najlepiej, jak potrafimy!

To właśnie stwierdzenie – „pyszne jedzenie” – sprawiło, że pomyślałam, że tak rzadko dzielę się opisami naszej kuchni. Zdjęciami serwowanych przez nas posiłków, a to tak ważna część naszej pracy. Powiem Wam, że na długo zanim sfinalizowaliśmy zakup naszego domu i na długo zanim faktycznie zaczęliśmy prowadzić agroturystykę przyjęliśmy kilka zasad. Jedną z nich jest:

„My jemy to co Goście, a Goście jedzą to co my.”

Koniec i kropka. Nie ma dwóch lodówek – jednej dla nas z „lepszymi” produktami, a drugiej dla Gości „żeby taniej wyszło”. Zasada, ta rządzi u nas i jesteśmy jej wierni od pierwszego posiłku. Szanujemy wszystkie wybory żywieniowe naszych Gości. Podajemy posiłki mięsne, wegetariańskie, wegańskie oraz bezglutenowe/bezlaktozowe, etc. Przywiązujemy wielką wagę do alergii żywieniowych Gości – mamy dla przykładu bezglutenowe naczynia i deski do krojenia. Nie jednokrotnie gotujemy 2 obiady dziennie. Pieczemy 2 ciasta, kupujemy specjalne produkty… A Wy to widzicie, doceniacie! SUPER!!!

Żeby nie być jednak gołosłowną pokazuję co u nas się jada na śniadanie dla przykładu:

dsc01804

dsc01193

dsc01202

dsc03087

dsc08018

dsc05150

dsc06245

dsc06208

No i niezawodne pancake’i:

dsc07858

Ostatnio króluje jednak – wśród wszystkich – pasztet z cukini z suszonymi pomidorkami (własnej roboty) i pasta z dyni z czarnuszką i kolendrą:

dsc05607

dsc05608

Obiadowo:

dsc00308

dsc09333

dsc06548

dsc02897

dsc04522   dsc06035

dsc05221

dsc05063

Ach… Żeby nie zapomnieć o deserze:

dsc04901   dsc06636

dsc00470

dsc06537

dsc04061 dsc04501

I jeszcze coś – bez glutenu 🙂 :

dsc09565

dsc09607

Widzimy się przy naszym stole 🙂 . Mnnniam!

wszędzie dobrze ;)

Czas znów mnie oszukał!!! Nim weszłam na bloga, myślałam sobie, że nie tak znowu dawno pisałam i że ten post będzie mniej odległy w czasie niż wszystkie posty z lata. „NIESPODZIANKA” – krzyczy Szanowny Pan Czas, dodając: „Znów uciekł Ci miesiąc.”.

Miesiąc?!? Jak to miesiąc?!? JUŻ?!? A jednak… 

Taka dumna byłam z siebie wczoraj rano, że urwałam się z domu, by zrobić zdjęcia naszego obejścia. Tak mnie cieszyło, że w końcu mam chwilę, którą podzielę się z Wami. I choć właśnie się nią dzielę, to… Już minął kolejny miesiąc od naszego ostatniego spotkania.

Nie żebym sądziła, że to źle. Nie żebym nie doceniała chwil, które dał nam ubiegły miesiąc, ale dziwi mnie, jak to wszystko ucieka. Ach… zawsze mnie dziwiło i pewnie nigdy dziwić nie przestanie 🙂 .

No, to od czego ja tu… OK, wiem – sezon trwa. Czy ja wiem jak go nazwać? Letni to on już chyba nie jest, bo zimnawo, dżdżysto i mglisto. Wilgotno i błotniście się zaczyna robić. Bywają jednak piękniejsze dni z przebłyskami słońca, a wówczas kolory i kontrasty są jeszcze piękniejsze. Wiem co mówię, bo wędrujemy z Jagną codziennie i zauważamy każdą zmianę w krajobrazie. Nauczyłyśmy się jednak lubić i te szare, mgliste dni. W końcu spacer w te „paskudne” dla niektórych dzionki, pozwala nam być razem. Na zewnątrz, co tak cenimy, a do tego nie otaczają nas betonowe budynki.

I właśnie tu chcę napisać, że wizyty w domu rodzinnym zawsze wywołują cudowny dreszczyk emocji. Mama ugotuje obiad, a Tata poda poranna kawę do łóżka, ale tęsknota za „końcem świata” pojawia się w nas bardzo szybko. Ładujemy nasze miejskie baterie w ekspresowym tempie – idziemy na zakupy, pijemy kawę w sieciowej kawiarni i już gotowi jesteśmy wracać. Choć zawsze bardzo ciężko nam się rozstać z najbliższymi i w nieskończoność przeciągamy te ostatnie, przysłowiowe 5 minut razem, czas rozstania jest nieunikniony. Wszyscy wiemy, że nie ma innej opcji. Bo jak tu nie tęsknić za domem?

dsc05482

dsc05485   dsc05486

dsc05477

dsc05472   dsc05476dsc05469

dsc05480   dsc05458

dsc05465

dsc05457   dsc05456

dsc05466

dsc05453   dsc05455

dsc05468

przyznaję się

Muszę. Nie mam wyjścia, jak tylko szczerze się przyznać. W swoim i Przemka imieniu :). 

Przeprowadzka tu kosztowała nas wiele. I nie mam tu na myśli żadnych materialnych kwestii. Zawsze powtarzamy, że najwyższa cena jaką przyszło nam zapłacić za spełnienie marzeń o życiu w Bieszczadach i prowadzeniu „domku na kurzej łapce” ;), jest, a właściwie był, brak czasu na nasze pasje. Wspólnie umiłowaliśmy lat wiele temu wysiłek fizyczny. Trzeba się spocić, bo trzeba wypocić! Trzeba się zmęczyć, bo odpoczynek smakuje wówczas jeszcze lepiej. „Go, go, go” od zawsze było naszym mottem. Jednakże…

Bycie własnym szefem jest tak samo słodkie, jak i gorzkie. Zawsze znajdzie się coś do zrobienia kosztem siebie. Zawsze wypada zrobić coś dla kogoś przed sobą. A i owszem – taki wybraliśmy „fach”. Nie ma co nad tym rozważać zbędnie. Wydawać by się mogło, iż przyjście na świat dziecka w tym i tak już intensywnym dla nas świecie, spowoduje tylko większy chaos. O matko! To większy być może ?!? Okazuje się, że nie. Jagna usystematyzowała nasz świat. Dzięki niej prioretyzujemy lepiej. Odnaleźliśmy siebie w nowych sytuacjach. Poznaliśmy nowe dziedziny. Dzięki Jagnie uczę się na nowo patrzeć na Smolnik. 

Widzę, że nasze Dziecko dorasta w jednym z najczystszych rejonów Polski. Oddycha najlepszym powietrzem, jakie nasz kraj może Jej zaoferować. Tym powietrzem oddychamy i my. Jagna całe lato biegała po trawie boso. Tak nauczyła się chodzić. Może to i „głęboka wiocha” dla kogoś. „Daleko wszędzie” – fakt, ale… Jaką my tu mamy jesień:

DSC05142   DSC05137

DSC05151

DSC05110

DSC05121   DSC05125

DSC05140

DSC05136

DSC05129   DSC05124

DSC05130

DSC05115  DSC05113

DSC05123

DSC05097

DSC05127   DSC05100

DSC05122

DSC05111

DSC05118

Nie zamieniłabym naszej wiochy na nic innego! 

malwa

Wrzesień…

DSC04906   DSC04907

DSC04914

Poranki spowija gęsta i wilgotna mgła. Niezbyt jednak uparta – przebija się przez nią słońce, które lśni mnogością srebrnych nici babiego lata unoszących się w powietrzu i okalających rośliny.

DSC04915

DSC04913

Tylko o poranku można je dostrzec i delektować się ich pięknem. Wraz z dojrzewaniem godzin dziennych, delikatność i urok pajęczych nici zanika. Stają się niewidoczne, by znów pojawić się kolejnego dnia do porannej kawy. To wyjątkowość tej pory roku – kocham ją!

Dzisiejszego ranka zauważyłam taką jedną pajęczynę. Wyjątkową! Oplotła naszą malwę.

DSC04911

Tak, tak… Tę Malwę, której czoła chylił każdy z naszych wakacyjnych Gości 🙂 . Kto nas w te wakacje odwiedził/odwiedza, wie o której mówię, a właściwie piszę 😉 . Nieustępliwie rosła tak, by witać i żegnać każdego z przechadzających się przed naszymi oknami Gości. Jedni ją omijali, inni pod nią przechodzili, jeszcze kolejni wpadali na nią notorycznie każdego dnia, zapominając o jej istnieniu 🙂 🙂 🙂 . Przemek nazwał ją „irytującą”, Jagna nie omija jej obojętnie, wąchając ją kilkukrotnie każdego dnia, a ja po prostu ją polubiłam 🙂 . 

DSC04912

DSC04910

Wiem, że babie lato wróci za rok, bo zawsze wraca 😉 . A ja z nadzieją, oczekiwać będę powrotu Malwy. Marzę, by i za rok była tak niesforna – albo nawet i bardziej 😉 .

Trzymajcie kciuki za powrót malwy!

wakacji kres

Pomału dobiega końca najintensywniejszy dla nas czas w roku. Wygrzebujemy się spot stert prania i prasowania, hektolitrów ugotowanych zup i kilogramów mięsa, warzyw, mąki etc., jakie przyszło nam w te wakacje ugotować 🙂 . Po woli kończy się uczniowska laba i choć sezon letni trwać będzie jeszcze w najlepsze przez cały wrzesień i pewnie październik, to… czujemy spowolnienie w nawale pracy. 

Dzieje się w Smolnikowych Klimatach, oj dzieje 🙂 . Za dowód świadczyć może częstotliwość dodawania postów – okazuje się być dokładnie odwrotnie proporcjonalna do intensywności naszego życia 🙂 . Wybaczcie mi!

Bluszcz czerwienieje (bluszcz), Jagna stawia pierwsze samodzielne (!!!) kroki, poranki choć słoneczne to już rześkie, a wieczory chłodne od wilgoci. Za tydzień zabrzmi pierwszy szkolny dzwonek, a mnie znów ciężko będzie uwierzyć w to, jak szybko mija czas i powiem Przemkowi, że jesień to chyba moja ulubiona pora roku 🙂 – pewnie się roześmieje. 

Zanim jednak… Łapiemy każdą okazję by być bliżej nieba. I dziś byliśmy.

IMG_1138

IMG_1137

IMG_1140IMG_1141

We like to bike 🙂 !