malowane wrota

Lato się przesyca. 

W soczysto zieloną linię horyzontu, wyznaczającą granicę ziemi i nieskazitelnie błękitnego nieba, wkrada się żółć skoszonych, wypalonych słońcem traw.

Toż to sierpień, a właściwie jego późna odsłona.

Sezon jest dojrzały. Wiele dni ciężkiej pracy za nami. Kilkadziesiąt wciąż przed.

Tym bardziej cenimy chwile oderwania się od codzienności i jej obowiązków. Tym piękniejsze stają się dla nas momenty spełnienia marzeń. I to nie tych wielkich, a tych maleńkich właśnie (czy my jeszcze wielkie w ogóle posiadamy?…). Bo kto właściwie śni o nowych drzwiach, czy „pół-szafie” w sypialni Lawendowej 😉 . 

Znów się udało!!! Udało się zmaterializować wizję żony i połączyć ją z praktykalizmem męża 😉 . Kompromis doskonały, nad którym nie „byle jacy” rzemieślnicy pracowali, zaowocował pięknymi drzwiami w łemkowskim stylu. 

   

No i ta niby szafa 🙂 :

Realizacje doskonałe, przerastające nasze oczekiwania.

Usiedliśmy wieczorem na ławce i pod bieszczadzkim gwieździstym niebem patrzyliśmy na te „wrota”. Nic więcej nam nie było trzeba do szczęścia.

Głęboki oddech, głowa w dół. Dziś przyjeżdża Babcia 😉 . 

karusek, garbusek i nowe schodki

Miałam nadzieję, że to nieprawda. Chciałam wierzyć w to, że przyjście na świat dziecka nie wiele zmieni w naszym życiu. Byłam pewna, że da się wszystko ogarnąć po staremu z niewielkim marginesem zmian, jakie spowodują narodziny Jagny. Ha ha ha 🙂 🙂 🙂 – śmieję się dziś w głos z tego, że naiwnie wierzyłam, iż „dziecko nie ogranicza rodziców” (taką mądrość wyczytałam będąc w ciąży). I choć wszystko obróciło się o przysłowiowe 180 stopni, to zmiana nie była szybka, jak w kalejdoskopie. Pomału uczyliśmy się nowego w naszym życiu wariactwa, które właściwie dało nam podstawy nowego porządku. Porządek ten z kolei pozwolił nam na powrót do starych pasji i odkrycie nowych. A co najważniejsze – wygospodarowaliśmy na to wszystko czas, którego przed Jagną jakoś – i tu zaskoczenie –  brakowało ;).

Inaczej upływa nam dzień. Inaczej cieszą nas wizyty Gości z ich pociechami. Jagna lgnie do ludzi, uwielbia dzieci – wychodzi na to, że prócz agroturystyki prowadzimy również takie trochę „letnie przedszkole” dla niej. Niby z niej „Maluch – Pituch”, jak ją nazywamy, a potrafi się z dziećmi bawić. Potrafi nawet te starszaki do siebie przyciągnąć i to jest super! Pod koniec dnia idziemy na spacer na nasz wiejski placyk zabaw z dziećmi Gości i wszyscy się świetnie bawią – Julianka, Iwo, Hania z Mają i Natka. Jagna odstawia po drodze „Małysza” i bardzo ją to cieszy. Wszyscy się śmieją.

Witamy krówki Pana Szycy, Kurki Pana Piotrowskiego i czekamy na jakiś traktor i koniki.

To wszystko o czym dziś piszę – może zbyt „mamuśkowato” – sprawia, że już nie tylko szafy i prysznice są ważne. Widzimy, że zadbać trzeba i o potrzeby najmłodszych, średnich i większych pociech przyjeżdżających do nas. W związku z tym zamieszkały u nas dziś dwa nowe koniki: Karusek i Garbusek – bliźniaki, które lubią się przekomarzać, a ich chęć postawienia na swoim (czyli „moje na górze”) sprawia frajdę maluchom. Góra – dół, dół – góra odbijają się od ziemi rumaki.

Jest i królestwo na drzewie. Od dawna czekało na zacne nowe schody. Teraz już nie chybotliwym trzecim i piątym schodkiem, ale solidnymi stopniami wchodząc przenieść się można do dziecinnego świata 🙂 . 

Mamy z Jagienką jeszcze jedno marzenie… Żeby obok basenu stanęła… No właśnie, co? Jak myślicie 😉 ?

czy jest w pokoju szafa?

Pytanie to słyszałam w słuchawce setki razy. Tyleż samo razy odpowiadałam na nie e-mailem. Szczerze przyznam, że fenomenu szafy osobiście nie rozumiem, bo będąc na wakacjach nigdy nie rozpakowuję walizki 🙂 . Sama nie wiem czemu. Chyba odkładanie rzeczy do szafy ma dla mnie znamiona zadomawiania się, a wakacje jak sami wiecie, choć piękne, kres zawsze mają i to za zwyczaj szybszy niż byśmy chcieli 🙂 . Poza tym raz zaprowadzony w walizce porządek utrzymuję, a rozpakowywanie oznaczałoby kreowanie nowego. 

Swoje sposoby na wakacje zabieramy ze sobą na urlopy. Nie narzucamy ich naszym Gościom. I choć nie wszystko da się zrobić „od razu”, to potrzeby naszych domowników i ich komentarze zawsze zapadają nam w pamięć. Nigdy nie puszczamy ich mimo uszu. Dlatego też mocno pracujemy nad tym, by w każdej sypialni szafa była. W Przytulnej będzie to karkołomny projekt 🙂 . Cały czas zastanawiamy się jak zmieścić tam kolejny mebel. W Lawendowej jest już pomysł; teraz czeka na realizację. Bieszczada od zawsze ją miała.

Bielona się jej doczekała.

Teraz przyszła zaś kolej i na Południową. 

   

Bilans „szafowy” wychodzi u nas całkiem nie źle, bo w trzech z pięciu sypialni szafa już jest 🙂 . Trzymajcie proszę kciuki za prędką realizację pomysłu w Lawendowej i natchnienie na mebel w Przytulnej.

żeby było ładnie

Czas i doświadczenia zebrane ostatnimi laty pozwalają mi na przedstawienie Wam pewnego stwierdzenia: ŻEBY BYŁO ŁADNIE, TO NAJPIERW BRZYDKO BYĆ MUSI.  Ma ono rzecz jasna stuprocentową sprawdzalność w odniesieniu do naszego szeroko pojętego domostwa, ale nie śmiałabym stawiać tezy właściwej wszystkim mieszkaniom, domom, działkom etc.

U nas, by zadziać mogła się magia doskonałej sypialni, pięknego mebla, czy urokliwego chodniczka z kamienia, najpierw trzeba: coś rozebrać, pociąć, wykopać i dopiero zaczynamy działać 🙂 . Dzisiejszy post traktuje o od dawna planowanym i wielce wyczekiwanym kawałku chodnikowego połączenia między domem a spiżarnią.

Wiosną roku ubiegłego kamienie ułożone zostały w miejscu upragnionego traktu i tak sobie w spokoju przeleżały, wystając ponad linię trawnika do roku obecnego. Widok mógł rodzić zdziwienie w myślach naszych Gości 😉 . W końcu jednak tej wiosny projekt ruszył z miejsca. Etap pierwszy: długa, głęboka dziura w ziemi i towarzyszący jej „okop” w postaci góry ziemi. Tę Jagna uwielbiła, uznając za najciekawszą opcję dla piaskownicy 🙂 .

Mimo wielkiej radości naszego dziecka i kilku chwil wytchnienia, jakie siedzenie na i dłubanie w stercie ziemi i kamieni przyniosło nam rodzicom, przyznać należy, iż widok był mało urzekający dla oka. Dodatkowo postawione zostało wokół „okopu” ogrodzenie ochronne…

Nawet nie wiem co o nim napisać 🙂 . 

Małymi kroczkami, bez zbędnego pośpiechu chodnik jednak powstawał.

Począwszy od spiżarni, przybliżał się z dnia na dzień do drzwi naszego domu.

Tata i Jagna ciężko pracowali układając obrazek z ciężkich puzzli. I jedno i drugie nosiło piasek i cement, by powstać mógł ten malutki odcinek klimatycznej ścieżki. 

I jak mogło się nie udać, kiedy pracę nadzorował taki manager:

Efet końcowy zakończonych prac budowlanych jest dla nas bardzo satysfakcjonujący:

Kolejna rzecz odhaczona na tzw. „to do list”! Czas zabierać się za kolejną, a tej – kto wie – może jeszcze w tym tygodniu 🙂 .

Smolnikowe Klima-ty

Mamy tak z Przemkiem, że lubimy snuć plany.

Od zawsze tak było…

Często zdarza nam się usiąść wieczorem i rozmawiać o tym, co wydaje nam się, że będzie miało miejsce za – na przykład – kolejne 5 lat. Jako gówniarze jeszcze snuliśmy wizje na „po maturze”. Od tamtego czasu lat upłynęło już wiele. Pięć razy cztery plus jeden i trochę 🙂 , a my wciąż z uporem o tym samym gadamy 😉 . 

Kiedy tak siedzimy sobie i rozmawiamy, totalnie frywolnie puszczamy wodze fantazji. Przecież w myślach (czyt. marzeniach) nic nas nie ogranicza! Szczerze mówiąc tak urodził się pomysł „domku na kurzej łapce”, gdzieś daleko „hen”, czyli jak się okazuje nasze tu i teraz życie codzienne.

I tu zaznaczyć muszę, że przyszło mi dzielić życie z niesamowicie przedsiębiorczym facetem. Przemek NIGDY nie przestaje myśleć, kalkulować, rozważać. Zazdroszczę Mu tego, bo sama taka nie jestem. Przypłacamy z Jagną to Jego notoryczne skupienie czymś co nazywam „nieobecnością w obecności”. Czasem nawet nie wiem, jak daleko od nas jest, siedząc tuż obok. Jednakże scenariusz jest zawsze taki sam. Ja gadam i gadam, bo „fajnie byłoby”, a Przemek mi odpowiada: „Dobry pomysł. W tym roku na pewno się nie uda, ale kto wie za rok, może dwa”.

Czas na małą retrospekcję. Mianowicie – nasze pierwsze lato w Smolniku wiele nas nauczyło. Pamiętam, że przyzwyczajeni do suchego, wysokogórskiego klimatu, pociliśmy się nieziemsko w tej gorącej wilgotnej bieszczadzkiej krainie 😉 . Lato było upalne, noce również. Powietrze stało w miejscu, a my (i część naszych Gości) śpimy na poddaszu. Noce nie przynosiły żadnego wytchnienia. Zero wiatru, nieustanne oczekiwanie na deszcz… To wtedy po raz pierwszy padł pomysł klimatyzacji. Z goła szalony, bo wypowiedziany na głos brzmi nieco niewiarygodnie. Klimatyzacja w 110-letniej chacie 🙂 🙂 🙂 . Też się śmiejecie? Ja długo się śmiałam, i pukałam się w czoło.

Minął rok, może dwa, trzy na pewno i wciąż było nam latem gorąco. No nam, ale i Gościom też… Tym milej jest mi poinformować, iż wraz z początkiem piątego sezonu mamy na poddaszu dwie klimatyzowane sypialnie: Bieloną i Południową.

   

   

Niemożliwe stało się rzeczywistością.

Pilocik, przycisk, klik i wieje 🙂 .

Uffff…

🙂 🙂 🙂

kawka z prądem

Rzecz w cale nie będzie traktować o małej czarnej po irlandzku, z rumem, czy cudownym Baley’s. Żeby jednak cała ta historia miała sens, muszę cofnąć się w czasie. Pozwólcie mi więc na małą retrospekcję. 

Znacie nas już troszkę. Może wiecie, a może nie, ale ja (czyt. Paulina) nie budzę się do życia codziennego bez kawy.

Latte z MOCNYM uderzeniem podwójnego (plus +++) espresso sprawia, że zaczynam funkcjonować o poranku. Choć doceniam piękno porannego światła w naszym domu i wielce je kocham (bo powiedzmy sobie szczerze w inne niż słoneczne dni, szarość poranka, dnia i wieczora jest tak samo szara), to i tak nie lubię budzić się wcześniej niż muszę. A muszę budzić się wcześniej niż chcę i lubię 🙂 . W każdym razie KAWA daje mi siłę. Najbardziej lubię, kiedy Przemek włączy ekspres na 10-15 minut przed moim przebudzeniem, co sprawia, że jest doskonale nagrzany, kiedy schodzę na dół przygotować swoją cześć śniadania dla Gości.

Najpierw mielę kawę. Później spieniam mleko i na koniec łączę składniki w doskonałą pachnącą i pyszną całość.

   

   

Biorę pierwszy łyk i nawet szary poranek nabiera kolorów. Kroję, siekam, gotuję, sadzę.

Jakiś czas temu zadałam Przemkowi takie oto pytanie: „Przemo, czy to możliwe, że ekspres mnie kopie?” – w znaczeniu napięcia elektrycznego. Ten tylko spojrzał na mnie i ze spojrzenia wyczytać mogłam mniej więcej tyle: „O Matko!!! Jeszcze się kawy nie napiła. Bredzi!!! Lepiej nic nie odpowiem.” 😉 . Pomyślałam, może faktycznie bredzę, może śpię jeszcze. Jednakże uczucie lekko magnetycznego przyciągania poczułam wielokrotnie podczas codziennego procesu czyszczenia ekspresu, ale każde kolejne zapytanie spotykało się z tym samym wyrazem twarzy, któremu z czasem towarzyszyć zaczął ironiczny uśmiech.

Już prawie uwierzyłam, że oszalałam, że gadam jakieś bzdury rankiem, aż… Pewnego popołudnia zaparzyłam sobie kawę i czyszcząc ekspresik dotknęłam drugą ręką kranu, z którego płynęła woda. Magnetyczno – smyrające uczucie wydawało się silniejsze niż zawsze i co ciekawe tym razem to nie ekspres, a kran mi je fundował. Zapytałam, wyjaśniłam i usłyszałam: „Zadzwoń do serwisu.”. Sobota wieczór… Nie ma szans na serwis, dzwonię więc „do przyjaciela”. Mówię: „Marcin, czy to możliwe (…)?” – i tu wyjaśniam. W słuchawce słyszę: „Możliwe (…)”, a dalej potok słów, których nie rozumiem. Tylko jakiś amper, czy wat pada, którego i tak nie rozróżniam 🙂 .

Marcin pojawia się u nas w poniedziałek w zupełnie innym celu. Zakasuje rękawy, jak zawsze zanim jeszcze próg domu przekroczy, już gotowy działać na rzecz wszystkich napraw, ale ja go zatrzymuję. „Może byś tak spojrzał na ten ekspres.” – mówię. Przynosi ekspert miernik i śmieje się pod nosem tak samo, jak Przemek, gdy pytałam Go: „Czy to możliwe?”. Już kulę się w sobie ze wstydu. A Marcin mówi: „No, chodź. Zobacz.”. Idę. Patrzę, a tu faktycznie – miernik pokazuje, że między ekspresem, a kranem (a kuchennym zlewem także) płynie sobie prąd. Plus/minus 150V!!!!!!. Czyli nie oszalałam!!! Przemo już się nie śmieje. Je sobie tylko kanapkę i sama nie wiem co sobie myśli.

Tak, czy siak. Problem naprawiony. Ja nie dostaję już z rana dodatkowego impulsu elektrycznego do życia 🙂 , a Was mam nadzieję rozśmieszy ta historia. Piszę ją również ku przestrodze innych żon – nie pozwólcie sobie wmówić, że gadacie bzdury, bo jak coś Was „kopie”, to trzeba to naprawić 😉 !

I na kociec:

 

cztery lata!

Bardzo powoli i nieśmiało wynurzam swoją głowę z gęstości mgieł i wilgotnych dni. Przedwiośnie trwa… Każdego dnia budzę się w nadziei na słoneczny, nie koniecznie ciepły jeszcze dzień. Nawet już kilka się takich przytrafiło, jednakże słońce uparcie chowa przed nami swoje oblicze już chyba od tygodnia. A nóż jutro się doczekam…

Zdjęć brak. Aparat też nie lubi takiej aury.

Obudziłam się dzisiaj i ku własnemu zdziwieniu zarejestrowałam, że to piętnasty dzień miesiąca marca. 4 lata temu Przemek przeniósł mnie przez próg naszego pierwszego własnego domu.

Kolejny upływający rok dopisał następny akapit naszej historii tu w Smolniku. 

AKAPIT PIERWSZY: teoria wielkiego wybuchu. Wszystko stanęło na głowie. Zostawiliśmy „tam”, zamieszkaliśmy „tu”. Nauka, lęk, pokora, przetrwanie 😉 .

AKAPIT DRUGI: projekty, projekty, projekty… a i jeszcze na dodatek projekty 🙂 . Zagryzanie zębów, zaciskanie pasa, by móc przyjmować Gości jak na XXI wiek przystało. Również i rok łapania wiatru w żagle, rozwijania skrzydeł.

AKAPIT TRZECI: wicie własnego gniazda. Zapuszczanie korzeni. Oczekiwanie na pierwsze nasze dziecko – nic więcej nie pamiętam 🙂 . A może i trochę tak, ale nic poza czekaniem na Jagnę się nie liczyło.

AKAPIT CZWARTY: czujemy się w końcu u siebie. Jesteśmy Rodziną. W końcu jest tak, jak miało być od początku.

Cztery lata… Tyle zajęło mi przyzwyczajenie się do nowego miejsca, nauczenie się go. Każdy dzień był ważny, każdy się liczy. Tylko o kilku chciałabym zapomnieć 😉 .

Uczucie, że odległe kiedyś marzenie stało się naszym udziałem, jest niesamowite! Nie czekam co przyniesie piąty rok, ale stawiam mu wyzwanie, bo mam teraz platynowy w kolorze kalendarz 😉 . 

noir

Smolnik utonął w szarości.

   

Skulił się pod peleryną nisko wiszącej mgły.

Ugrzązł w topniejącym śniegu.

   

Jednym słowem: roztopy. Paskudny czas. Rachunek jaki trzeba jednak zapłacić za piękną zimę.

Nie znoszę przedwiośnia. To chyba jedyna, a właściwie z pewnością jedyna pora roku, która nie napawa mnie radością nadchodzących zmian. Bądźmy szczerzy – brudno i szaro się robi.

Potocznie mówiąc „wnosi” się do domu, ni to ciepło, ni to zimno. Zwyczajnie nijako, ale z przewagą na paskudnie 🙂 . 

Skoro jednak nie ma wyjścia i uregulować należy ten „czek” za piękną, białą i puchatą zimę pomyślałam sobie, że nie będę narzekać na tę odwilż. Nie w tym roku. Nie po tej w końcu prawdziwej zimie. Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie również myśl o tym, że to w końcu jeszcze luty, więc pora „podkuć buty”.

Idę i idę i szukam tego bieszczadzkiego piękna, a wszystko co widzę jest biało-czarne, obramowane płaskim światłem i zwyczajnie smętne. Nie cieszy oka.

Odpuszczam i wówczas kolejny zmysł – tym razem słuch – dochodzi „do głosu”. Słyszę, po raz pierwszy od miesięcy szum Osławy. Jeszcze cichy, ale szum. Jeden z pierwszych zachwycających nas dźwięków tutaj 😉 . 

   

   

Topi się lód, kra krę mija 🙂 . Już nie myślę o roztopach. Czekam na wiosnę 🙂 .

i po co on tam polazł?

Perspektywa to ciekawa rzecz.

Pozwala nam widzieć rzeczy inaczej na rożnych etapach naszego życia.

Dziś – z perspektywy czasu 🙂 – śmiem twierdzić, że najlepszym nauczycielem jest doświadczenie, a szkoła życia najbardziej prestiżową jest z dostępnych nam szkół. Nie oznacza to w ogóle, że polecam odpuścić sobie edukację w tradycyjnym jej rozumieniu i już dziś, tu i teraz „wziąć się z życiem za rogi”. Wręcz przeciwnie! Jako dobra i sumienna uczennica, a także wielki fan szkoły (po prostu rasowy „kujon” – hehehe 🙂 ) zachęcam do „odbębnienia” (najlepiej w wielkim stylu) niezbędnego czasu w szkole i na studiach. Kiedy jednak papier jest już w dłoni – a ten zawsze warto posiąść – pakować należy walizki i w podróż na spotkanie z życiem ruszać. Mam nadzieję, że kiedy Jagna dorośnie i powie: „Kochani moi Rodzice, wyprowadzam się. Jadę na drugi koniec swiata, bo ten piękny, w którym się wychowałam znam juz aż za dobrze.” –  będę równie liberalna i otwarta. Jak dziś, kiedy piszę tego posta 😉 . Chyba nie mam innego wyjścia, bo „wiszę” to mojej Mamie 😄 . Jadwiniu, liczę wówczas na Twoje wsparcie 😉 !

Niemniej jednak doskonale wiem, że doświadczenie nas uczy i kształtuje. Życie sprowadza do pionu. Czasem jest łatwiej i weselej, innymi czasy smutniej i trudniej, ale jak się czegoś nie przeżyje samemu, to się tego nie zrozumie. I tak dla przykładu wiele rzeczy mnie dziwiło i zaskakiwało, kiedy wyjechaliśmy za ocean. Inna kultura, inne motywacje i potrzeby ducha. Zastanawiało mnie co to za puch, który sprawia, że połowa porannej zmiany dzwoni z prośbą o zwolnienie z powodu „choroby” 😉 . Ktoś „wyszusował” 128 dni na nartach? Po co?!? Po co to komu?

Moje własne życie postanowiło mi odpowiedzieć. To ono wzięło mnie „za rogi” i sprowadziło do pionu. Pozwoliło zrozumieć miłość innych do gór, do nart, do sportu. Przewartościowało mnie. Okazało się, że „zarobić” swój skręt (na nartach) jest znacznie przyjemniej, niż bez końca wjeżdżać wyciągiem na górkę i jeździć po doskonale przygotowanym stoku. Nie twierdzę, że to nie jest świetna zabawa, bo jest! Ale… wleźć tam o własnych siłach, żeby zjechać, to coś więcej. To pasja i miłość do gór, do puchu, do walki z sobą.

   

   

   

   

Więc właśnie:  po co on tam polazł, a ona za nim?

 

Po prostu – oboje ukochali ten puch, to zmęczenie, tę ze sobą walkę.

Ostatnie zimy tu w Bieszczadach nie były dla nas łaskawe. Były raczej jesienią z przebłyskiem bieli. Doczekaliśmy jednak i zimy!!! Mroźniej i śnieżnej – zimy doskonałej, znanej jako „prawdziwa” 🙂 .

Od kiedy tylko zamieszkaliśmy w Smolniku i kiedy bielała górka przy schronisku, zastanawialiśmy się z Przemkiem, jakby to było z niej zjechać. W tym roku się przekonaliśmy 😄 .

Ot, jest i odpowiedź. Poszedł tam, by zjechać sobie w tym świeżym śniegu. A ona poszła za nim dokładnie po to samo i obojga to wielce uszczęśliwiło 🙂 . 

Zamykając temat doświadczeń nie mogę się powstrzymać, by napisać:

„You can take a Boy out of Jackson Hole

But you cannot take Jackson Hole out of the Boy.”

   

   

 

hu! hu! ha!

Nasza zima… Piękna!

Kiedy urodziła się Jagna, bardzo szybko stało się jasne, że nie należy do dzieci, które cichutko zasypiają spokojnym snem na drzemkę w ciągu dnia. Nie dość, że lubi się zmęczyć po przebudzeniu, to śpi najlepiej w wózku – na dworze, na spacerze. Inaczej nie śpi w ciągu dnia w ogóle 🙂 .Tak jest od dnia, kiedy tylko zaczęliśmy z nią wychodzić na zewnątrz. Wielu opcji spacerowych nie mamy – możemy iść w prawo lub w lewo 🙂 . W prawo ku „asfaltowi” 🙂 – głównej drodze dojazdowej do Smolnika; w lewo – w stronę Mikowa (a.k.a. koniec świata). Przemek od zawsze wolał opcję w lewo. Ja – nie koniecznie… Wydawało mi się, że to nudna, niekończąca się droga, gdzie po 1,5 km kończą się zabudowania i nic się nie dzieje przez kolejne 1,5, później mamy Mików i znów nic 🙂 . Z czasem jednak zaczęłam wybierać tę trasę częściej. Nasze spacery z Jagną się wydłużały, a opcja „w prawo” daje możliwość 6-cio kilometrowej jedynie przechadzki z domu i z powrotem. Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z bieganiem łatwiej było kierować się w lewo, bo dawała lepsze opcje dystansu – skrócić/wydłużyć. I tak oto nauczyłam się lubić ten wariant. Ba, teraz to moja ulubiona opcja.

Choć pogoda zmusza mnie, by zwolnić tempo (czego barrrdddzzzooo nie lubię), to Jagna wciąż potrzebuje swojej drzemki każdego dnia. Pada, wieje, żar się z nieba leje – my maszerujemy 🙂 . W tę mroźną pogodę też nie ma odwrotu 🙂 .

Dziś wolniutko, z nóżki na nóżkę zmierzałyśmy razem do Mikowa. Jagna spała, ja robiłam zdjęcia w naszych ulubionych miejscach:

  • na zakręcie:

   

  • przed schroniskiem:

  • przed mostkiem w Mikowie:

   

  • i w Mikowie 🙂 :

  • i tu, gdzie od Nowego Roku nie mogę się dostać, a to moja ulubiona część przechadzki:

  • i w drodze powrotnej:

Tak oto w fotograficznym skrócie wygląda nasz ulubiony spacer. 

Chyba nawet powstaje nasz własny – nazwijmy to – „slang”. Mówimy z Przemkiem do siebie: „jestem przy jesionie”, „koło drzewa >>jeleń<<„, „dziś za mostek i z powrotem”, etc.

Takie dni jednak mają swoją cenę. Pokażę Wam tylko jak pożegnał nas wczorajszy dzień, by dzisiejszy mógł być taki piękny 🙂 . 

   

Komuś jeszcze zamarł zamek do drzwi? 🙂 🙂 🙂